poniedziałek, 26 grudnia 2011

No i się zaczęło...

W końcu, po długich tygodniach oczekiwania, zaczęła się karuzela pod nazwą "NBA". Piszę "w końcu", bo na ten moment czekali wszyscy tzn. zawodnicy, trenerzy, a przede wszystkim ci, którzy z największym zniecierpliwieniem oczekiwali rozpoczęcia sezonu 2011/2012 czyli kibice. Kibice, dla których ta gra powstała i cieszy ich rok rocznie. Kibice, bez których liga NBA nie utrzymałaby się na powierzchni. Kibice, niektórzy fanatyczni, którzy poświęcili część swego życia na koszykówkę, która jest ich pasją i oderwaniem od rzeczywistości. Kibice, którzy godzinami mogliby dyskutować, wymieniać się poglądami oraz swoimi doświadczeniami związanymi z NBA. Również moja skromna osoba należy po kibiców, którzy zakochali się w NBA i z wielkim oddaniem analizują to, co dzieje się podczas poszczególnych sezonów NBA w USA.
Czas napisać kilka słów o zawodnikach, sytuacji, jaka wytworzyła się podczas przerwy zwanej lokautem tj.od 1 lipca do 9 grudnia tego roku. Zmieniło się dosyć sporo. Jeśli mówimy o zawodnikach : wielu zmieniło barwy klubowe, kilku znaczących graczy wzmocniło nowe ekipy, kilka zespołów wręcz się osłabiło w ramach przebudowy, która ma procentować w najbliższych latach. Zacznijmy od początku. Na pierwszy rzut oka, widoczny nawet w bardzo ciemnych okularach, wielką przebudowę i wzmocnieniu uległa drużyna z LA. Wiem, że każdy pomyślałby o Lakersach, ale nie. Chodzi mianowicie o Clippersów. Piszę mianowicie o przejściu z New Orleans Hornets do Clippers Chrisa Paula. Drużyna, która miała duże problemy finansowe, w konsekwencji w ubiegłym sezonie przeszła pod zarząd NBA, sprzedaje zawodników. Chris Paul to jeden z najlepszych rozgrywających ligi i zmiana przez niego klubu, to szansa na większe sukcesy, aniżeli gra w pierwszej rundzie play-off. Powiedzmy sobie szczerze : Nowy Orlean to nie jest miasto dla wielkich graczy (za całym szacunkiem dla każdego miasta NBA). Natomiast dla LA Clippers duże wzmocnienie i konkurencja dla Lakers. Wzmocnieniem jest także przyjście do Clippers Carona Butlera z Dallas. Niezły strzelec, który wspomoże siłę ofensywną Clippers. Również pozyskanie Chaunceya Billupsa z Nowego Jorku dopełniło skład na pozycji nr 1 (chyba tylko jako zmiennik Paula). Dla mnie dziwne są ruchy transferowe Clippers z jednego powodu : otóż, właściciel Clippers Donald Sterling, przez wiele lat unikał znaczących transferów czy kupna zawodników dobrze opłacanych czyli tzw. gwiazd. Liczył się dla niego przede wszystkim fakt, iż "bycia na plusie" na koniec sezonu pod względem finansowym. Nawet pensje zawodników nie były maksymalne, aby tylko nie dołożyć do interesu. Z punktu widzenia gospodarczego, jest to jak najbardziej chwalebne, ale chyba nie do końca. Nie do końca, bo gdyby zainwestował w klub, zawodników więcej funduszy, to z biegiem czasu zyski mógłby liczyć wielokrotnie więcej np. na sprzedaży gadżetów, koszulek klubowych itp. Czyżby więc zrozumiał i zobaczył co dzieje się "za miedzą" czyli w Lakers i postanowił trochę zainwestować właśnie w klub? Czas pokaże, czy były to ruchy wyłącznie zmierzające do budowy solidnego zespołu aspirującego na mistrza NBA, czy tylko wykorzystanie okazji czasu lokautu, aby tymczasowo wzmocnić drużynę i drogo odsprzedać bardzo dobrych zawodników w krótkim czasie w celu zdobycia kolejnych tysięcy dolarów? Z kolei z Clippers odeszli Baron Davis do Knicks i Eric Gordon do Hornets (w ramach wymiany). Jeżeli zacząłem od wzmocnień to wspomnieć należy także o Denver Nuggets. Drużyna z Denver pozyskała Rudy Fernandeza, Andre Millera z Portland, Timofieja Mozgowa oraz Danilo Gallinariego z New York Knicks. Jest to chyba kolejny akt przebudowy Nuggets po odejściu Carmelo Anthony'ego i Chaunceya Billupsa w ubiegłym sezonie do Nowego Jorku. Wzmocniona została tym samym strefa podkoszowa zespołu. Jeśli chodzi o wzmocnienia to jeszcze należałoby wspomnieć o Utah Jaz, którzy pozyskali rozgrywającego Devina Harrisa i skrzydłowego Derricka Favorsa z New Jersey Nets. Jazzmani powoli odbudowują się (ale chyba pozostaną średniakiem ligi) po stracie Derona Williamsa i trenera Jerry'ego Sloana. Nie możemy pominąć także osłabień niektórych zespołów. Na pierwszym miejscu wymieniłbym mistrza ligi Dallas Mavericks. Pozyskali, co prawda, z Lakers Lamara Odoma (strefa podkoszowa), ale na pozycji wysokich graczy stracili Tysona Chandlera (odszedł do Knicks), Predraga Stojakovicia (zakończył karierę). Na pozycji obrońcy stracili Jose Bareę (poszedł do Minnesoty) oraz DeShawna Stevensona (nie wiadomo gdzie będzie grał w tym sezonie). Zyskali natomiast starzejącego się Vince'a Cartera z Phoenix Suns na pozycji skrzydłowy-obrońca. Niewiele jak na zespół, który myśli o obronie tytułu. Na drugim miejscu osłabień usytuowałbym zespół Portland Trail Blazers. Chroniczne bóle kolan zmusiły Brandona Roya do zakończenia kariery tuż przed rozpoczęciem sezonu. Wcześniej wspomniałem Rudy'ego Fernandeza oraz Andre Millera, którzy zmienili klub. Do osłabień zaliczyć trzeba także brak Grega Odena (ciągłe problemy z kolanami), a przyjście Jamala Crawforda z Atlanty raczej nie wynagrodzi strat. Niektóre pozostałe zmiany klubowe ważnych koszykarzy można wymienić w kliku pozycjach : Mickael Pietrus z Suns do Toronto Raptors, Richard "Rip" Hamilton z Detroit Pistons do Chicago Bulls, Shane Battier z Houston Rockets do Miami Heat, David West (z Hornets) i George Hill (z San Antonio Spurs) do Indiany, Stephen Jackson (z Charlotte Bobcats), Mike Dunleavy (z Indiany) i Beno Udrih (z Sacramento) do Milwaukee Bucks, Tracy McGrady z Detroit do Atlanty (ciekawe czy przejdą I rundę play-off po kwalifikacji). Na koniec wspomnę jeszcze o wielkiej niewiadomej, jaką jest ekipa Minnesota Timberwolves. Otóż, w obecnym sezonie, zaczyna tam karierę Ricky Rubio z Barcelony. Pamietam go z MŚ 2006 roku. Wtedy Hiszpania zdobyła złoty medal, a Rubio (wówczas 16-latek) grał rewelacyjnie. Może on zrewolucjonizować klub Minnesota Timberwolves (nabrał doświadczenia przez kilka lat gry w Europie), a bynajmniej podnieść notowania klubu i jego poziom sportowy. Oby nie został jego potencjał zmarnowany.
Zapowiada nam się kolejny ciekawy sezon, tylko z jednym zastrzeżeniem : dlaczego co roku widać ciągle wzmacniający się Zachód, a Wschód pozostaje bez znaczących zawodników, za to z ciągle malejącym potencjałem? Doprowadza to do sytuacji, gdzie na Zachodzie będzie coraz bardziej wyrównany poziom, natomiast na Wschodzie (poza kilkoma ekipami) będzie poziom przeciętny lub mierny. Wolałbym, aby proporcje równomiernie się wyrównywały i nie było przepaści między zespołami Wschodu i Zachodu. Czego życząc wszystkim kibicom i kończąc słowa tej analizy dzisiejszej.

Kolejne przemyślenia nadejdą...

sobota, 24 grudnia 2011

Lekkie spowolnienie

"Jak nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze" - to stare indiańskie przysłowie jest jak najbardziej aktualne w stosunku do tematu dzisiejszego felietonu.
Wiem, wiem, wiem... Znów troszkę to trwało, ale sezon A.D. 2011/2012 rozpoczyna się dopiero jutro. Taki prezent na Święta Bożego Narodzenia dla kibiców i osób związanych z NBA. Spowolnienie przygotowań do sezonu (lokaut) trwał nieco krócej niż ten ostatni z roku 1998. Wtedy rozgrywki rozpoczęły się w lutym 1999 roku, a obecnie rozpoczynają się na Boże Narodzenie. Wtedy rozegrano 50 meczy, a teraz zostaną do rozegrania aż (!) 66. Co kilka lat w NBA dochodzi do negocjacji dotyczących podziału zysków pomiędzy właścicieli klubów a zawodników. Liga NBA od tych przychodów pobiera odpowiedni procent, ale główny podział raczej dotyczy głównych aktorów przedstawienia (zawodników) oraz ich reżyserów (właścicieli klubów). Zawodnicy NBA raczej nigdy nie należeli do osób, które korzystają z pomocy opieki społecznej. Raczej zaliczyłbym ich do bohaterów listy ogłaszanej przez "Forbesa" i to na dosyć wysokich pozycjach. Nie mówię tu o takich utracjuszach, którzy wielkie pieniądze sprzeniewierzyli w kasynach, przehulali w różny sposób lub źle zainwestowali. Człowiek dobrze gospodarujący swoim majątkiem jest w stanie, oczywiście z pensji średniej klasy zawodnika NBA, utrzymać rodzinę i zapewnić utrzymanie na trzy pokolenia do przodu. W tym momencie przypominają mi się negocjacje Latrella Sprewella, któremu nie wystarczyłoby kilkanaście milionów dolarów, proponowanych w ramach kontraktu, na utrzymanie dla najbliższej rodziny własnej (co w efekcie doprowadziło do sytuacji, gdzie Laterell w ogóle nie otrzymał angażu w NBA). Rozumiem pracę i zarabianie pieniędzy, ale chciwość trzeba oddzielić od zarobków adekwatnych do wykonywanej pracy. Oczywiście zgadzam się, że koszykarze NBA są w różnym stopniu utalentowani i swoją pracę (grę na parkietach NBA) wykonują bardziej lub mniej rzetelnie. Dlatego właśnie (dodając odpowiedni staż) otrzymują zróżnicowane zarobki. A są to zarobki (trzeba powiedzieć uczciwie) nieosiągalne dla zwykłego (nawet Amerykanina) śmiertelnika. Przedłużające się negocjacje dotyczące właśnie podziału zysków wzięły się zapewne z faktu, iż koszykarze przyzwyczaili się do bardzo wysokiego standardu życia, życia luksusowego. Moim skromnym zdaniem wszyscy stracili na przerwie lokautowej w rozgrywkach. Stracili właściciele, zawodnicy, kibice. Stracili także ci, którzy biznesowo są związani z NBA. Chodzi mi mianowicie o ludzi, którzy prowadzą działalność gospodarczą i świadczą usługi dla klubów. Stracił cały świat przez brak oglądalności. Straciły same USA na podatkach, bo pensje zawodników NBA na czas lokautu zostały wstrzymane. Mniejsze zakupy, ograniczanie wydatków, liczenie każdego dolara. Tak naprawdę nic dobrego nie wyszło z lokautu. Summa summarum : dobrze, że w końcu lokaut się zakończył i obecny sezon może się w końcu rozpocząć.
Jeszcze na koniec chciałem kilka słów wspomnieć personalnie o samych zawodnikach. Niektórzy koszykarze NBA, w związku z lokautem, postanowili zakończyć kariery. Shaquille O'Neal, Zydrunas Ilgauskas - ze względu na lata gry i częste kontuzje. Yao Ming,  - ze względu na kontuzje. Niektórzy zawodnicy postanowili negocjować z innymi klubami kontrakty na czas lokautu w NBA. Te inne kluby leżą w różnych częściach świata np. Deron Williams, Sasza Vujacić, Lamar Odom, Ersan Ilyasowa (Turcja), Nenad Krstić, Marcin Gortat (negocjował tylko), Timofiej Mozgow, Andriej Kirilenko (Rosja), Ty Lawson (Łotwa), Rudy Fernandez, Serge Ibaka, Goran Dragić (Hiszpania). W Francji mieli grać Nicolas Batum, oraz Tony Parker, we Włoszech Danilo Gallinari (wybory narodowe), natomiast w odległych Chinach mieli zagrać Kenyon Martin, J.R. Smith, Wilson Chandler, a został tylko Aaron Brooks, który podpisał kontrakt, którego nawet po rozpoczęciu sezonu w NBA, nie może przerwać. Raczej wybierane były zespoły i kraje w Europie ze względu na mocne ligi oraz samą możliwość gry. Właśnie podtrzymanie formy było głównym celem koszykarzy, gdyż w czasie zawieszenia rozgrywek w NBA, nie ma nawet możliwości trenowania, kontaktowania się z osobami z klubu. Ba, każdy z zawodników traci ubezpieczenie zdrowotne w czasie lokautu. Kontrakty były zawierane krótkoterminowo z opcją zakończenia w chwili ogłoszenia końca przerwy. Każdy z trenujących koszykarzy wchodzi wtedy w pełny rytm NBA, bez większych strat treningowych. I to uważam jest słuszne podejście, gdyż forma sportowa jest utrzymana. Jedyny plus z lokautu jest taki, że zawodnicy kontuzjowani lub przemęczeni, mogą sobie wyleczyć kontuzje lub więcej czasu poświęcić na odpoczynek, aby w pełni formy wrócić do rozgrywek właściwych. Oby ten nadchodzący i wkrótce rozpoczynający się sezon 2011/2012 miał wysoki poziom i aby zawodnicy głodni gry, pokazali wielką klasę, która charakteryzuje NBA. Miejmy nadzieję, że tak się stanie.

Kolejny tekst wkrótce...

środa, 28 września 2011

Raz, dwa, trzy - wygrasz...

"Lepiej późno niż wcale" - powiedział stary Żyd spóźniając się na pociąg. Na kolejny odcinek na moim blogu dałem sobie (i nie tylko) trochę czekać, ale sądzę, że było warto. W dzisiejszym odcinku chciałbym podsumować tegoroczne play-offy, bo działy się w nich ciekawe zjawiska i wydarzenia.

Przez, praktycznie, cały sezon zasadniczy drużyna San Antonio Spurs dzierżyła miano najlepszej drużyny w NBA. Grała koncertowo, pięknie i skutecznie. Jednak sezon trwa do samego (czytaj : do ostatniego meczu) końca sezonu. Samo życie potwierdziło fakt, iż trzeba zawsze do końca dawać z siebie wszystko i zawsze robić wszystko na tzw. maxa. Na potwierdzenie moich słów pragnę przypomnieć, że San Antonio właśnie w ostatnim dniu sezonu 2010/2011 straciło tytuł najlepszej drużyny sezonu na rzecz Chicago Bulls. Ostatni mecz Chicago wygrało, a San Antonio przegrało i tym samym palmę pierwszeństwa na koniec sezonu przejęła drużyna z Wietrznego Miasta. Ta sytuacja pokazuje, że nie należy nigdy odpuszczać (w przypadku San Antonio), że należy zawsze do końca walczyć (w przypadku Chicago). Nawet różnica jednej wygranej (przegranej) staje się wtedy znacząca. To tak tytułem wstępu kończącego sezon, a rozpoczynającego rozgrywki o mistrzostwo NBA.

Wracając do play-off. Awansowały zespoły, które miały generalnie awansować, czyli wszystko zgodnie z przewidywaniami (może z wyjątkiem Phoenix Suns oraz Houston Rockets). Pewną niespodzianką był awans Memphis Grizzlies na Zachodzie oraz Indiany Pacers na Wschodzie. Memphis zaskoczyli pozytywnie grając rewelacyjnie pod koniec sezonu zasadniczego, a Indiana "rzutem na taśmę awansowała, gdyż z przebiegu sezonu nie wynikało, aby awansowali do najlepszej ósemki Wschodu. Słabsza postawa w końcówce Milwaukee Bucks spowodowała, że Indiana znalazła się w gronie drużyn grających w play-off.

Pierwszą rundę określiłbym mianem "standardowej", gdyż drużyny które miały wygrać wygrały (są również wyjątki od tej reguły, o czym dalej). Na Wschodzie swoje mecze wygrywali faworyci : Chicago Bulls, Miami Heat, Boston Celtics. Jedyną małą niespodzianką była porażka Orlando Magic, którzy w parze z Atlantą Hawks nie dali rady przejść do następnego etapu rozgrywek. Na Zachodzie natomiast utworzyła się podobna sytuacja, gdyż trzy drużyny (LA Lakers, Dallas Mavericks, Oklahoma City Thunder) wygrały zgodnie z przewidywaniami. Jednak największą niespodzianką okazało się zwycięstwo Memphis Grizzlies (rozstawione z ósmym numerem) z San Antonio Spurs (z jedynką). Najlepszy zespół Zachodu nie poradził sobie z najniżej rozstawionym numerem. Ostatnie mecze sezonu zasadniczego w wykonaniu San Antonio (szczególnie te przegrane) mogły wskazywać na słabszą postawę tej drużyny w play-off. Jednak raczej nikt nie spodziewał się, że ta drużyna nie powalczy o mistrzostwo. Zawsze są wzloty i upadki, a play-off to jest czas, w którym daje się z siebie wszystko i nawet słabsze występy pod koniec sezonu nie mogą decydować o tym, że drużyna klasowa odpadnie z play-offów już w pierwszej rundzie. Tak się jednak stało w przypadku San Antonio i awans do dalszej fazy rozgrywek uzyskała drużyna Memphis Grizzlies, dla której był to historyczny sukces. Sukces, bo nigdy nie wygrała meczu w play-off, a tym samym nie awansowała wyżej.

Druga runda play-off NBA to już praktycznie walka o awans do najlepszej czwórki sezonu i starcie drużyn (gigantów i prawie gigantów). Na Wschodzie zmierzyły się Chicago z Atlantą (zgodnie z przewidywaniami wygrało Chicago) oraz rywalizacja, która zyskuje miano WIELKIEJ czyli Miami Heat z Boston Celtics. Bitwę tę wygrało Miami 4-1 i miało finał konferencji w kieszeni. Na Zachodzie zmierzyły się w II rundzie Oklahoma z sensacyjnymi zwycięzcami z I rundy Memphis oraz LA Lakers z Dallas Mavericks. Wielką niespodzianką tej rudny była porażka Lakersów z Dallas i to aż 0-4, a zażartą rywalizację stoczyła pozostała para Oklahoma-Memphis, w której lepsi okazali się gracze z Oklahomy 4-3. Ta runda w NBA pokazała, że prym zaczynają wieść drużyny młodsze (Oklahoma, Memphis, Miami, Chicago), a starsze, doświadczone zespoły (jeżeli nie dokonają korekt-odmłodzenia składu) : Boston, LA Lakers czy San Antonio nie mają co liczyć na mistrzostwo. Być może były to jednorazowe przypadki przegranych (w przyszłym sezonie może być odwrotnie), ale bez zmian raczej w tych zespołach się nie obędzie.

Finały konferencji odbyły się planowo tzn. wygrały te zespoły, które miały wygrać (chociaż niepewny był wynik rywalizacji Chicago - Miami). Wygrało Miami i to oni zagrali o mistrzowskie pierścienie z Dallas Mavericks, którzy w finale Zachodu pokonali młodych Oklahoma City Thunder. Finał NBA zatem zapowiadał się bardzo interesująco : Miami Heat - Dallas Mavericks. Powiedziałbym nawet bardzo interesująco, gdyż powtarzała się sytuacja z roku 2006, kiedy te dwie drużyny również znalazły się w finale NBA. Wtedy lepszym zespołem okazało się Miami Heat (z Shaquillem O'Nealem w składzie) wygrywając w stosunku 4-2. W tym roku trudno było wskazać faworyta, gdyż Miami wzmocniło się LeBronem Jamesem i Chrisem Boshem, którzy dołączyli do Dwayne'a Wade'a (który pamięta finały 2006, gdzie brylował jako młody zawodnik), a Dallas pokonali po drodze obrońców tytułu LA Lakers, a ich doświadczenie miało właśnie teraz zaprocentować. I zaprocentowało w postaci tytułu mistrza NBA A.D. 2011. Po prostu rewanż za finały 2006 roku udał się w 100%. Wygrana 4-2 nie pozostawiała wątpliwości, kto jest lepszy, chociaż nie brakowało zaciętych meczy (pierwsze cztery mecze finału). Ostatnie dwa drużyna Dallas wygrała niewielką różnicą, ale gwarantującą spokojną wygraną. W ten oto sposób tytuł mistrza pojechał do Dallas po raz pierwszy. Budowana za wielkie pieniądze (ale rozsądnie) Marka Cubana drużyna osiagnęłą swój cel wygrywając ligę, a zawodnicy mogą czuć się spełnieni, że lata pracy w końcu przyniosły efekt. Trochę niedosytu można czuć w przypadku drugiego finalisty - Miami Heat. Zespół typowany od początku sezonu na mistrza, spełnił oczekiwania wszystkich awansując do wielkiego finału, ale jeszcze potrzeba czasu, aby zawodnicy "zrośli" się ze sobą i zdobyli tytuł.

Kolejne przemyślenia wkrótce...

środa, 16 marca 2011

Wielkie Trójki (Czwórki)

W dzisiejszym odcinku chciałbym odnieść się do meczy rozegranych w ostatnich dniach. Chodzi mi mianowicie o mecz Miami Heat - San Antonio Spurs rozegrany 14 marca tego roku. Miami wygrało tę konfrontację 110:80 i faktycznie przypominało zespół, który może osiągnąć szczyt NBA. W końcu przeciwnikiem był najlepszy zespół obecnego sezonu - San Antonio. Nie byłoby w tej wygranej nic dziwnego, ale Miami przegrało wcześniejszy mecz w San Antonio 125:95. Także bilans obu tych zespołów wynosi 1-1 oraz w małych punktach. Przy okazji tego meczu przypomniały mi się zespoły, które chciały zbudować swą potęgę na bazie "Wielkich Trójek". Na pierwszym planie wymieniłbym "Trójkę" z Bostonu (patrząc chronologicznie) : Larry Bird, Kevin McHale, Robert Parish. Zawodnicy ci, wybitni osiągnęli w NBA wszystko, jak się zwykło mówić o mistrzostwie. Zdobyli kilka tytułów (Robert Parish nawet ma tytuł z Chicago Bulls, ale był już to schyłek jego kariery zawodniczej) i mogą powiedzieć, że razem zbudowali drużynę na miarę mistrzostwa. Kolejną "Trójką" w NBA była drużyna Chicago Bulls (Michael Jordan, Scottie Pippen, Dennis Rodman), razem także osiągnęła mistrzostwo NBA (nawet trzykrotnie). Moim zdaniem była to "Największa Wielka Trójka" w historii NBA, a ich rekordy pozostaną niepobite przez dekady (chociażby rekord zwycięstw i porażek 72-10 w sezonie zasadniczym). Następną "Trójką", która przychodzi mi na myśl jest "trójka", a nawet "czwórka" z Los Angeles. W zespole Lakers chciano zbudować bardzo silny zespół z Shaquille'em O'Nealem, Garym Paytonem, Karlem Malone'm oraz Kobe Bryantem w sezonie 2003-2004, aby wrócić na szczyt i zdobyć kolejny tytuł dla Los Angeles. Z tego eksperymentu nic jednak nie wyszło. Karl Malone i Gary Payton byli już u schyłku swej kariery, trapieni kontuzjami. Shaquille O'Neal zaczął się "starzeć" jako zawodnik po kilkunastu latach kariery, a Kobe Bryant nie był w stanie udźwignąć ciężaru wygrywania w pojedynkę. Takim to sposobem upadła idea "Wielkiej Dynastii" w Lakersach i potęgę drużyny postanowiono budować na nowo. Z jakim skutkiem? Dwa tytuły zdobyte w latach 2009-2010 i szansa na kolejny w obecnym sezonie. W niedalekiej przeszłości ideę budowy zespołu na miarę mistrza NBA podjęto także w Bostonie. Sprowadzenie Kevina Garnetta, Raya Allena do grającego lidera Paula Pierce'a oraz nabywającego doświadczenie Rajona Rondo (kolejna Wielka Czwórka) dało efekt w postaci mistrza NBA w roku 2008 i od tej chwili na nowo narodziła się rywalizacja między dwoma miastami : Los Angeles i Bostonu. Obydwa zespoły (Lakers i Celtics) nie zwalniają tempa i trzymają swój poziom gry. Również i w bieżącym sezonie będzie widoczna zaciekła walka w play-offach o awans do wielkiego finału NBA. W obecnych rozgrywkach do walki o mistrzostwo chce włączyć się zespół New York Knicks, który w oknie zimowym dokonał znaczących wymian. Do zespołu przed sezonem dołączył Amare Stoudemire, a w trakcie sezonu Chauncey Billups (mistrz NBA 2004 z Detroit Pistons) oraz Carmelo Anthony z Denver Nuggets. W ten sposób powstała kolejna "Wielka Trójka" w Nowym Jorku, ale poziom, który reprezentuje, daleko jeszcze odbiega od oczekiwanych rezultatów. W przeciągu ostatnich trzech dni (13-15 III 2011 r.) drużyna z Nowego Jorku przegrała dwukrotnie z Indianą Pacers, drużyną "drugiego planu" w NBA. Jeżeli sprowadzenie wyżej wymienionych graczy miało ich "podciągnąć w górę", to słabe są te loty graczy z Nowego Jorku. Być może dopiero w przyszłym sezonie pokażą na co ich stać, bo w chwili obecnej nie prezentują mistrzowskiego poziomu. Wzrastającą i podążającą na szczyt "Wielką Trójką" można zacząć nazywać trzech graczy z Chicago. Derrick Rose, Carlos Boozer oraz Joakim Noah spowodwali, że drużyna z Chicago nabiera rozpędu i obecnie (po ostatnich meczach) wyprzedziła na fotelu lidera Boston Celtics. Wspomniana "Trójka" w Bostonu jest starzejącą się trójką graczy, która powoli będzie ustępować miejsca młodszym kolegom. Natomiast "Trójka" z Chicago może wkroczyć na drogę, którą podążała drużyna z Michaelem Jordanem na czele. Nie można także zapomnieć o drużynie San Antonio Spurs, która w tym sezonie spisuje się rewelacyjnie. Ma najlepszy bilans w NBA i jest faworytem do zdobycia tytułu mistrza NBA. W zespole tym gra kolejna "Wielka Trójka" : Tim Duncan, Manu Ginobili i Tony Parker. Zdarzały im się w tym sezonie pojedyncze wpadki ze słabszymi rywalami (z LA Clippers, Philadelphią, Memphis), ale koszykarze ze stanu Teksas są głównym pretendentem do zdobycia kolejnego tytułu mistrza NBA (poprzednie 1999, 2003, 2005, 2007). Walka w play-off z LA Lakers zapowiada się więc bardzo pasjonująco.

Miejmy nadzieję na kolejne "Wielkie Trójki" (Czwórki) w zespołach NBA, prezentujące bardzo dobry poziom gry i emocje warte finałów NBA. Wyrównany poziom gry poszczególnych drużyn spowoduje, że nie będzie jednostronnych pojedynków, nie będzie granicy między zespołami A, B, czy C, a każdy przeciwnik będzie godzien swego rywala.

Kolejne przemyślenia nadejdą...

piątek, 25 lutego 2011

Kto zyskał, kto stracił

W NBA dokonuje się między sezonami, jak również i w tracie sezonu, od kilku do kilkudziesięciu transferów między poszczególnymi klubami. W dzisiejszym odcinku chciałbym się odnieść to transferów, które miały miejsce do zamknięcia okna transferowego. W niektórych przypadkach kilka transferów było zaskakujących, w innych nie. Poniżej wyrażę swoje zdanie na dzisiaj, a przyszłość pokaże czy miałem rację, czy też nie powinienem wypowiadać się w powyższej sprawie.
Na pierwszy plan wysuwa się transfer Carmelo Anthony'ego i Chaunceya Billupsa z Denver Nuggets do New York Knicks. Moim zdaniem na tym transferze zyskali sporo New York Knicks. Pomijając kwestie drugorzędne (finanse i bardzo przyszłościowe wybory w drafcie) New York bardzo się wzmocnił, i to nie tylko na bieżący czas, ale także na kilka lat. Pozyskanie doświadczonego Carmelo i rozgrywającego Billupsa może okazać się kluczowym zagraniem w budowie silnego zespołu. Oddanie młodego rozgrywającego Feltona i Włocha Gallinariego wcale nie musi zaważyć na przyszłości klubu z Nowego Jorku. Transfer trochę zrobiony "na siłę", gdyż Anthony nie chciał już grać w Denver, w którym szans na wysokie lokaty w play-off, a nawet na grę o mistrzostwo NBA, w ogóle nie było. Denver to solidny zespół, który do play-off co roku awansuje, ale postanowiono, że będą od nowa, w oparciu o nowych zawodników budować jasną przyszłość drużyny. Co można powiedzieć ze strony Nowego Jorku? Otóż, zyskał klub, zyskało miasto, marketing się kręci. Poza zyskami wymiernymi Nowy Jork zyskał także sportowo. Pozyskali przed sezonem Amare Stoudemire'a, teraz doszedł Anthony (w lecie nie udało się pozyskać LeBrona Jamesa), a także Billups, który wie, jak smakuje mistrzostwo NBA (z Detroit Pistons) i jeszcze kilka lat może pograć na wysokim poziomie.

Utah Jazz - New Jersey Nets. Transfer Derona Williamsa jest dla mnie trochę niezrozumiały. Utah Jazz od lat utrzymywało się w czołówce drużyn Zachodu, ale w tym roku widać wyraźny rozpad (a właściwie od lata 2010) i spadek na dno. Wnioskuję tak, bo w lecie odszedł do Chicago Bulls Carlos Boozer, niedawno z pracy zrezygnował Jerry Sloan (w Utah Jazz od 23 lat), odszedł obecnie Deron Williams, a pozyskani Devin Harris i Derrick Favors będą osiągać razem (być może) sukcesy, ale dopiero za kilka sezonów. Utah spada po równi pochyłej, a nawet może bardzo pochyłej. Z drużyny walczącej o wyższe cele staną się drużyną przeciętną, średnią (raczej bez szans na play-off). New Jersey zaś budują zespół dopiero na kilka lat do przodu, ale nieudolne starania chociażby o LeBrona Jamesa, Carmelo Anthony'ego powodują, że zespół jednak będzie bardziej średniakiem w NBA, aniżeli faworytem. Nawet pozyskanie Derona Williamsa, wybitnego rozgrywającego nie gwarantuje sukcesu klubowi. Same pieniądze Michaiła Prochorowa (m.in. budowa nowej hali) nie zagwarantują, że drugi klub z Nowego Jorku będzie grał o mistrzostwo, nawet za 3-4 lata.

Phoenix Suns - Houston Rockets. Tutaj sprawa jest bardzo jasna i klarowna. W Phoenix nie byli zadowoleni z Gorana Dragicia, który był zmiennikiem Steve'a Nasha, więc postanowiono zamienić go na koszykarza bardziej doświadczonego (Aaron Brooks). W Houston Brooks był skonfliktowany z trenerem, więc aby nie było więcej fermentu oddało go do Phoenix. Zyskało również rozgrywającego Dragicia, który jest młodym zawodnikiem, ale jest także "świeżą krwią" dla zespołu. Może to wprowadzić małe ożywienie w grę oraz większą efektywność Dragicia w meczu. Przy tym transferze Houston chciało podobno bardzo Marcina Gortata (z powodu kontuzji Yao Minga), bo bardziej im brakuje wysokich niż rozgrywających, ale Phoenix zrobiliby bardzo, ale to bardzo zły na tym interes.

Boston Celtics - Oklahoma City Thunder. Chyba najbardziej zdumiewający obecny transfer. Nie bardzo mogę zrozumieć Boston. Mają, co prawda, kilku wysokich graczy, ale oni nie gwarantują wysokiego poziomu w meczu. Shaquille O'Neal jest już trochę wiekowy (mniej minut gra, mniej rzuca, mniej trafia) i może być jedynie zmiennikiem dla młodszych. Z kolei Jermaine O'Neal jest kontuzjowany. Natomiast Kendrick Perkins był gwarantem dobrej obrony w Bostonie. Kiedy był kontuzjowany, od razu dało się zauważyć, że Boston jest starzejącym się zespołem i długa gra w sezonie zasadniczym, jak również w play-off, jest bardzo wyczerpująca dla pozostałych koszykarzy tego klubu. Dlatego nie bardzo rozumiem, że oddali dobrego obrońcę i centra. W zamian dostali klasę gorszego Krsticia i Jeffa Greena (niezłego strzelca), wybór w drafcie (ale dopiero w 2012 roku) oraz pieniądze. Jeżeli w takim wolnym tempie będzie postępowało odmłodzenie drużyny z Bostonu, to wróżę im awansy do play-off (być może finały Konferencji), ale w grze o mistrzostwo nie będą mieli klasowych zawodników i siły pod koszem. Oddanie także Nate'a Robinsona spowodowało brak dobrego zmiennika dla Rajona Rondo. Oklahoma natomiast zyskała dobrego centra i obrońcę (Perkinsa) i zmiennika dla swojego rozgrywającego. Plus dla Oklahomy.

Charlotte Bobcats - Portland Trail Blazers. Michael Jordan oddał jednego ze swoich lepszych graczy, a zyskał trzech (Joel Przybilla, Dante Cunningham i Sean Marks). Z tego grona najbardziej znany jest Joel Przybilla (obecnie kontuzjowany). Nie wiem, co miał na myśli Mike, być może chciał "odchudzić kontrakty" i mieć w przyszłości pieniądze na lepsze transfery lub zamiany po drafcie.

 Los Angeles Clippers - Cleveland Cavaliers. W transferze między tymi zespołami jest dosyć klarowna sytuacja, bo Baron Davis chyba postanowił, że nie będzie grał dla skąpca-właściciela Donalda Sterlinga, a większe perspektywy ma w Cleveland. W drugą stronę poszli Mo Williams oraz Jamario Moon i wybór w I rundzie draftu 2011. Ze strony Cleveland widać odbudowę zespołu (i odmłodzenie - wybór draftu) na przyszłe 2-3 sezony po opuszczeniu zespołu przez LeBrona Jamesa w lecie do Miami Heat. W tym sezonie ani Cleveland, ani Clippers nic wielkiego nie osiągną, ale następne sezony pokażą, w jakim kierunku zmierzają te oba zespoły.


Houston Rockets - Memphis Grizzlies. Wymiana ze strony tych dwóch zespołów (Shane Battier i Ishmael Smith kontra Hasheem Thabeet i DeMarre Carroll) ma to do siebie, że zrewidowała sobie ekipa Houston kontrakty, a zyskała bardziej na wyborze w pierwszej rundzie draftu. Podejrzewam, że wybiorą wyskiego gracza (środkowego), bo wobec fiaska pozyskania Gortata i kontuzji Minga, nie mają większego wyboru. Muszą mieć solidnego gracza na tej pozycji, jeżeli chcą liczyć się na Zachodzie. Być może w tym roku nie awansują do play-off, ale w przyszłym mogą solidnie powalczyć o awans.


New York Knicks - Minnesota Timberwolves. Anthony Randolph i Eddy Curry do Minnesota Timberwolves. New York Knicks otrzymali Corey Brewera. Uważam, że jest to ze strony New York odmłodzenie składu i wyczyszczenie kontraktów dla zyskania pieniędzy. Natomiast Minnesota dostała doświadczonego koszykarza (Eddy'ego Curry) dla (być może) poprawienia sportowych wyników drużyny. Dwóch wysokich (Kevin Love i Eddy Curry) być może poprawią defensywę zespołu z Minnesoty.


Boston Celtics - Sacramento Kings. Marquis Daniels oddany przez Boston Celtics do Sacramento Kings w zamian za gotówkę i wybór w drafcie. Podłoże tego transferu jest czytelne. Boston stara się odmładzać skład poprzez wybory w drafcie, bo przecież zdają sobie sprawę, że w tym starszym składzie długo nie pograją (pisałem trochę wyżej o tym).


New Orleans Hornets - Sacramento Kings. Carl Landry trafił do New Orleans Hornets. W zamian za niego Sacramento Kings otrzymali Marcusa Thorntona.Transfer chyba dla odchudzenia budżetu dla Kings. Królowie chyba nie chcą budować zespołu w oparciu o obecnych graczy. Sportowo mogą spaść jeszcze niżej, aby mieć większe szanse na wysokie numery w draftach. Kłóci się taka polityka ze sportowymi osiągnięciami. Nie będą mieli raczej szans na awanse do play-off, przynajmniej przez 2-3 lata.


Doszło do kilku znamiennych transferów. Czas pokaże, który z zespołów podjął się słusznych wymian, a który bardzo na nich stracił. Wolę walkę sportową, by poziom jednak się wyrównywał. Widać to chociażby po zespołach w Konferencji Zachodniej, gdzie o play-off walczy do końca 10-11 drużyn. Na Wschodzie widać także wzmacnianie się klubów (Miami, New York, Chicago), ale są to wzmocnienia dla 4-5 zespołów, a reszta będzie średniakiem lub słabeuszem. Wyrównany poziom gwarantuje nam, kibicom, emocje podczas meczy. Być może troszkę mniejsze w sezonie zasadniczym (chociaż tych także nie brakuje), a na pewno wielkie podczas walki w play-off, gdzie toczy się ona o najwyższe cele.


Kolejne przemyślenia wkrótce...

środa, 23 lutego 2011

EXODUS

Głównym marzeniem, ambicją, osiągnięciem w NBA dla koszykarzy wkraczających lub grających w tej lidze jest zdobycie mistrzostwa NBA. Jest ono uznawane za "nieoficjalne klubowe mistrzostwo świata". Koszykarz, który dostąpi tego zaszczytu "bycia mistrzem NBA", znajduje uznanie, szacunek, ale również wiąże się ten fakt z wynegocjowaniem lepszego (z ekonomicznego punktu widzenia) kontraktu na kilka lat po zdobyciu mistrzostwa. Po zdobyciu mistrzostwa NBA każdy koszykarz czuje lub może czuć się koszykarzem spełnionym lub kompletnym. Jedni gracze w NBA zdobywają je stosunkowo szybko, inni w okresie końca kariery, jeszcze inni zdobywają je, dosłownie i w przenośni, seriami. Jednak nie wszystkim koszykarzom było dane zdobyć to trofeum. Postaram się wymienić kilku wybitnych koszykarzy, którzy w koszykówce zawodowej osiągnęli bardzo wiele, są wybitnymi sportowcami, ale może różnić ich właśnie posiadanie lub nie pierścienia mistrza NBA na palcu. Pamiętam, iż niektórzy zmieniali swe macierzyste kluby, inni osiągnęli cel tylko i wyłącznie w swoim własnym. Postaram się z zakamarków mojej pamięci wydobyć tych, o których pamięta się latami. Na pierwszy plan wysuwa się Michael Jordan. Co prawda, nie zmienił on klubu, aby zdobyć mistrzostwo, ale na sam koniec kariery trochę rozmienił się na drobne przychodząc do Washington Wizards "porzucać sobie dla rozrywki". Nie zawojował Waszyngtonu i troszeczkę z niesmakiem pozostałym zakończył piękną karierę w NBA. Sięgając pamięcią wstecz, Michael Jordan, Bóg koszykówki, od początku kariery grał w Chicago. Z Bullsami, przynajmniej na samym początku, szło mu nieźle (zespół co roku awansował do play-off, Michael bił wszystkie możliwe rekordy indywidualne), ale na mistrzostwo NBA musiał jednak poczekać 7 lat. Sam w zespole z Chicago nie mógł zrobić wiele, mając miernych pomocników w walce z przeciwnikami. Na początku kariery liczył i patrzył tylko na własne osiągnięcia, a nie na osiągnięcia drużyny. Dopiero kiedy do składu Bulls doszli Horace Grant i Scottie Pippen, B.J. Armstrong, wtedy kariera Michaela zaczęła się dopełniać. Również Mike zaczął grać zespołowo, a inni członkowie zespołu dopasowali się idealnie zdobywając pierwsze mistrzostwo w 1991 roku. Michael zrozumiał, że sam niczego nie zwojuje, a tylko gra całego zespołu na równym poziomie zapewni sukcesy klubowi. I stało się. W następnych latach (1992, 1993) zdobyli kolejne tytuły mistrza NBA. Nieznacznie tylko zmieniając skład zespołu. Główny trzon drużyny pozostał nienaruszony : Jordan, Pippen, Grant. Następnie doszło do szoku w Chicago. Po zabójstwie na autostradzie ojca Michaela, Jordan ogłosił rozbrat z koszykówką. Rozbrat ten trwał tylko do 19 marca 1995 roku, kiedy to Michael wybiegł na boisko ponownie w meczu z Indianą. Był w pełni sił i postanowił powalczyć o kolejne tytuły i nagrody. Po korektach w składzie (doszedł m.in. Toni Kukoć, Ron Harper, Dennis Rodman) Chicago Bulls zdobyli kolejne trzy mistrzostwa w latach 1996-1998. To oczywiście, jak do tej pory, ostatnie mistrzostwo z 1998 roku dla Chicago. Następnie wybuchł lockaut w NBA i Michael odszedł na drugą emeryturę. Skład zespołu rozsypał się i rozpoczęła się przebudowa (czy raczej budowa od podstaw) Chicago Bulls. Michael wrócił jeszcze do gry w Washington Wizards, ale już bez tak spektakularnych sukcesów jak w Wietrznym Mieście, ale Michael Jordan jest spełniony jako koszykarz.
Kolejnym zawodnikiem, który długo walczył o fakt bycia mistrzem NBA, jest Clyde "The Glyde" Drexler. Karierę zawodniczą rozpoczął w Portland Trail Blazers. Podobnie jak Michael Jordan był gwiazdą parkietów NBA, ale tylko pod względem indywidualnych osiągnięć. Przez lata nie było mu dane zdobyć mistrzostwa NBA, chociaż zagrał w finale razem z Michaelem w roku 1992. W tymże roku musiał uznać wyższość Michaela i obyć się smakiem. Dopiero przeprowadzka do Houston w roku 1994 dała mu możliwość zdobycia mistrzostwa 1995. Wspólnie z Hakeemem Olajuwonem, Robertem Horry zdobył upragnione mistrzostwo i również może poczuć się koszykarzem, który dopełnił swojej kariery zawodniczej. Z Houston również związany był Charles Barkley, ale jego historia jest całkiem inna. Od początku kariery (podobnie zresztą jak Michael, Clyde) grał dla Philadelphia 76ers. Sukcesy indywidualne jednak nie przekładały się na sukcesy klubowe i "Sir" Charles postanowił zmienić klub. Zmienił na Phoenix Suns, gdzie razem z Kevinem Johnsonem starał się wygrać ligę. Podobnie do Clyde'a Drexlera, zagrał w wielkim finale w roku 1993, ale także musiał uznać wyższość Michaela i Chicago. Następnie, w poszukiwaniu szansy na tytuł przeniósł się do Houston Rockets, ale tytułu mistrza nie zdobył. Jego kariera zamknęła się w meczu z macierzystym klubem (Philadelphia 76ers), poważną kontuzją, po której Barkley postanowił odejść na zasłużoną emeryturę sportową.
Do graczy niespełnionych zaliczyłbym także Patricka Ewinga. Koszykarz ten grając przez lata w Nowym Jorku, wybijał się ponad przeciętność. Center, który dominował pod koniec lat 80-tych i do połowy lat 90-tych, nie może poczuć się w pełni usatysfakcjonowany ze swojej kariery w NBA. Przez kilkanaście lat reprezentował barwy New York Knicks, aby na koniec kariery (bardzo smutne zakończenie) przenieść się do Seattle Supersonics, a następnie do Orlando Magic. Jeden z najlepszych koszykarzy swojego pokolenia może czuć się trochę zawiedziony, gdyż pierścień na palcu za mistrzostwo NBA na pewno ozdobiłby jego wspaniałą karierę.
Oczywiście nie sposób wymienić wszystkich koszykarzy w tym jednym tekście, którzy spełnili (lub nie spełnili) się posiadając (lub nie) tytuł mistrza NBA. Chciałem tylko nawiązać to obecnych sytuacji w NBA, gdzie młode gwiazdy, mające mniejsze lub większe sukcesy indywidualne, zmieniają kluby jak rękawiczki. Najlepszym przykładem jest LeBron James, który w minionym roku zmienił barwy klubowe. Moim zdaniem, nie chciało mu się grać z przeciętniakami w Cleveland, a chce za wszelką cenę zdobyć tytuł. W tym celu przeniósł się na Florydę, aby wspólnie z D-Wade'em oraz Chrisem Boshem zdobyć upragniony tytuł (tytuły). W latach Michaela, Clyde'a, Charlesa i Patricka taka sytuacja nie miałaby miejsca (plama na honorze) i każdy z nich starałby się zdobyć tytuł z macierzystym klubem (malutkim wyjątkiem jest Clyde Drexler). Obecnie tworzą się nawet całe trójki-czwórki koszykarzy w jednym zespole (czy oni się ze sobą jakoś dogadują, kto z kim chciałby grać?) w celu zdobycia najwyższych laurów. Najświeższym przykładem może być Carmelo Anthony, który przeszedł do New York Knicks. Do Knicksów, przed tym sezonem przeszedł Amare Stoudemire z Phoenix Suns, a teraz Melo. Być może do tej dwójki dołączy niedługo Chris Paul z New Orleans Hornets i będziemy mieli kolejną "Wielką Trójkę". Odnoszę wrażenie, że jest to polityka koszykarzy zmierzająca do tego, aby dla klubu przynieść zyski z reklam, sprzedaży gadżetów, dla siebie korzyści w postaci wyższego kontraktu, a mistrzostwo NBA przy dużym potencjale samych zawodników przyjdzie samo. A gdzie podziała się ambicja, wola wygrywania przez własne umiejętności pojedynczych koszykarzy? Odeszła w niebyt. Liczy się ekonomia i marketing. Niestety, takie przyszły czasy. Oby tylko nie doprowadziło to do sytuacji, gdzie w lidze królują trzy cztery zespoły z każdej konferencji, a reszta jest "chłopcem do bicia". Nawet dobre wybory w drafcie i transakcje między klubami nie doprowadzą do tego, że klub z nizin ligi nagle stanie się potentatem na miarę mistrzostwa NBA. Wolałbym oglądać czystą rywalizację między zespołami, które posiadają wybitne postacie koszykarskie, trochę ambicji, woli walki w najlepszym tego słowa znaczeniu. Liga NBA na pewno wtedy byłaby bardziej atrakcyjna, aniżeli poprzez budowanie siły danego zespołu na zasadzie "kupimy Cię" i zdobędziemy NBA. Dopóki polityka menedżerów klubów, podejście samych koszykarzy do gry nie zmieni się, nadal będziemy oglądać exodus koszykarzy z klubów macierzystych.

Zapraszam serdecznie do lektury kolejnych moich przemyśleń na blogu.

wtorek, 22 lutego 2011

Nieśmiałe początki

Interesuję się koszykówką zawodową już od 20 lat (jak ten czas leci). W roku 1991, będąc w szkole średniej, w naszej publicznej telewizji rozpoczęły się transmisje z NBA. Słynne powiedzenie "Hej, hej tu NBA" Włodzimierza Szaranowicza przeszło już do legendy, ale tak było na samym początku. Zaczęła się w Polsce "nbamania". Powstawały liczne boiska do gry w koszykówkę, a jeżeli nie te, to na pewno ilość samych koszy rozwieszonych na garażach, budynkach itp. Wszyscy masowo grali w koszykówkę po lekcjach w szkole, na przerwach i w każdej wolnej chwili. Transmisje telewizyjne, co prawda, zaczynały się dosyć późno (żeby nie powiedzieć bardzo późno) w nocy, człowiek był zmęczony, na lekcjach przysypiał, ale popularność, jaką zdobyła NBA wtedy, przerosła oczekiwania wszystkich. Każdy chciał być Michaelem Jordanem, Charlesem Barkleyem, Clydem Drexlerem, Hakeemem Olajuwonem. Warto jednak było. W moim przypadku "miłość do koszykówki" pozostała do dzisiaj. Zainspirowany upływem czasu i okazją, jaką był niedawno rozegrany Mecz Gwiazd A.D. 2011, postanowiłem właśnie na 20-lecie mojego zachwytu koszykówką w stylu amerykańskim, rozpocząć pisanie na temat tejże dyscypliny sportu. Mam nadzieję, że ten blog będzie interesującą rozrywką dla wszystkich fanów NBA, a także doskonałą lekturą w wolnej chwili.

W pierwszym moim wpisie, po tych kilku słowach nieśmiałego wstępu, pragnę skomentować właśnie niedawno odbyty Mecz Gwiazd NBA w Los Angeles. Kobe Bryant zdobył po raz czwarty tytuł MVP tego spotkania (poprzednio w roku 2002, 2007, oraz wspólnie w Shaquillem O'Nealem w 2009). W pamięci mam oczywiście chwile z roku 1998, kiedy to All-Star Game od bywał się w Nowym Jorku. Wtedy to, doszło do pasjonującej walki między Michaelem Jordanem a Kobe Bryantem. Schodzący ze sceny gwiazdor Chicago Bulls (zmierzający po trzecie z kolei, a szóste w historii) mistrzostwo NBA stoczył pasjonujący pojedynek z 20-letnim młokosem, który pragnął zawojować NBA. W tym miejscu również chciałem nadmienić, iż w opisywanym meczu, w niektórych momentach zawodnicy rozstępowali się na boisku, aby umożliwić Michaelowi i Kobemu pojedynek jeden na jeden. Nie zapomnę tych chwil do końca życia. Cudownie było oglądać akcje w ich wykonaniu. W chwili obecnej oceniam ten mecz, jak zalążek przyszłej wielkości i osiągnięć Kobego Bryanta. Kobe wpatrzony był wtedy na Michaela jak w obrazek, kopiował zagrania MJ-a, naśladował jego ruchy i miał iskrę walki w oczach. Bryant dążył do takich osiągnięć, które zdobył Michael (i nadal dąży). Wtedy Królem był MJ, po jego ustąpieniu z gry zawodowej, na scenę (właśnie wtedy) wstąpił Kobe Bryant. Przez wszystkie lata od tamtej pory Kobe osiągnął "prawie tyle", co Michael. Zdobył pięć tytułów mistrza NBA (brakuje mu tylko jednego), jeden tytuł MVP sezonu zasadniczego (do pięciu Michaela), w tytule najlepszego strzelca raczej nie dogoni Michaela (10-2), w tytułach MVP Finałów (6-2 dla Michaela) także mało prawdopodobne jest, aby Kobe "doskoczył" do Mike'a. Jedno jest pewne, od Meczu Gwiazd 1998, rozpoczęła się wielka droga na szczyt Kobego i nadal trwa. Bryant może być już zmęczony wieloletnim graniem (zresztą sam już po 30-tych urodzinach) i nie będzie chciał na siłę forsować rekordów czy osiągnięć Jordana. Na swoją chwałę w NBA i tak zasłużył. Zapewne w przyszłości będzie kolejnym wielkim członkiem Galerii Sław w Massachussetts. Na tę chwilę jeszcze trochę poczekamy. Wspominając ten pamiętny All-Star Game, pragnę wspomnieć, iż takie mecze, w których "stara gwiazda" ustępuje "młodej gwieździe", zdarzają się niezwykle rzadko i warto o nich pamiętać, tak samo jak i o głównych aktorach przedstawienia pod nazwą Weekend Gwiazd NBA.

Mam nadzieję, że Państwo z przyjemnością przeczytają tych parę moich słów. Następne przemyślenia nadejdą.