W NBA dokonuje się między sezonami, jak również i w tracie sezonu, od kilku do kilkudziesięciu transferów między poszczególnymi klubami. W dzisiejszym odcinku chciałbym się odnieść to transferów, które miały miejsce do zamknięcia okna transferowego. W niektórych przypadkach kilka transferów było zaskakujących, w innych nie. Poniżej wyrażę swoje zdanie na dzisiaj, a przyszłość pokaże czy miałem rację, czy też nie powinienem wypowiadać się w powyższej sprawie.
Na pierwszy plan wysuwa się transfer Carmelo Anthony'ego i Chaunceya Billupsa z Denver Nuggets do New York Knicks. Moim zdaniem na tym transferze zyskali sporo New York Knicks. Pomijając kwestie drugorzędne (finanse i bardzo przyszłościowe wybory w drafcie) New York bardzo się wzmocnił, i to nie tylko na bieżący czas, ale także na kilka lat. Pozyskanie doświadczonego Carmelo i rozgrywającego Billupsa może okazać się kluczowym zagraniem w budowie silnego zespołu. Oddanie młodego rozgrywającego Feltona i Włocha Gallinariego wcale nie musi zaważyć na przyszłości klubu z Nowego Jorku. Transfer trochę zrobiony "na siłę", gdyż Anthony nie chciał już grać w Denver, w którym szans na wysokie lokaty w play-off, a nawet na grę o mistrzostwo NBA, w ogóle nie było. Denver to solidny zespół, który do play-off co roku awansuje, ale postanowiono, że będą od nowa, w oparciu o nowych zawodników budować jasną przyszłość drużyny. Co można powiedzieć ze strony Nowego Jorku? Otóż, zyskał klub, zyskało miasto, marketing się kręci. Poza zyskami wymiernymi Nowy Jork zyskał także sportowo. Pozyskali przed sezonem Amare Stoudemire'a, teraz doszedł Anthony (w lecie nie udało się pozyskać LeBrona Jamesa), a także Billups, który wie, jak smakuje mistrzostwo NBA (z Detroit Pistons) i jeszcze kilka lat może pograć na wysokim poziomie.
Utah Jazz - New Jersey Nets. Transfer Derona Williamsa jest dla mnie trochę niezrozumiały. Utah Jazz od lat utrzymywało się w czołówce drużyn Zachodu, ale w tym roku widać wyraźny rozpad (a właściwie od lata 2010) i spadek na dno. Wnioskuję tak, bo w lecie odszedł do Chicago Bulls Carlos Boozer, niedawno z pracy zrezygnował Jerry Sloan (w Utah Jazz od 23 lat), odszedł obecnie Deron Williams, a pozyskani Devin Harris i Derrick Favors będą osiągać razem (być może) sukcesy, ale dopiero za kilka sezonów. Utah spada po równi pochyłej, a nawet może bardzo pochyłej. Z drużyny walczącej o wyższe cele staną się drużyną przeciętną, średnią (raczej bez szans na play-off). New Jersey zaś budują zespół dopiero na kilka lat do przodu, ale nieudolne starania chociażby o LeBrona Jamesa, Carmelo Anthony'ego powodują, że zespół jednak będzie bardziej średniakiem w NBA, aniżeli faworytem. Nawet pozyskanie Derona Williamsa, wybitnego rozgrywającego nie gwarantuje sukcesu klubowi. Same pieniądze Michaiła Prochorowa (m.in. budowa nowej hali) nie zagwarantują, że drugi klub z Nowego Jorku będzie grał o mistrzostwo, nawet za 3-4 lata.
Phoenix Suns - Houston Rockets. Tutaj sprawa jest bardzo jasna i klarowna. W Phoenix nie byli zadowoleni z Gorana Dragicia, który był zmiennikiem Steve'a Nasha, więc postanowiono zamienić go na koszykarza bardziej doświadczonego (Aaron Brooks). W Houston Brooks był skonfliktowany z trenerem, więc aby nie było więcej fermentu oddało go do Phoenix. Zyskało również rozgrywającego Dragicia, który jest młodym zawodnikiem, ale jest także "świeżą krwią" dla zespołu. Może to wprowadzić małe ożywienie w grę oraz większą efektywność Dragicia w meczu. Przy tym transferze Houston chciało podobno bardzo Marcina Gortata (z powodu kontuzji Yao Minga), bo bardziej im brakuje wysokich niż rozgrywających, ale Phoenix zrobiliby bardzo, ale to bardzo zły na tym interes.
Boston Celtics - Oklahoma City Thunder. Chyba najbardziej zdumiewający obecny transfer. Nie bardzo mogę zrozumieć Boston. Mają, co prawda, kilku wysokich graczy, ale oni nie gwarantują wysokiego poziomu w meczu. Shaquille O'Neal jest już trochę wiekowy (mniej minut gra, mniej rzuca, mniej trafia) i może być jedynie zmiennikiem dla młodszych. Z kolei Jermaine O'Neal jest kontuzjowany. Natomiast Kendrick Perkins był gwarantem dobrej obrony w Bostonie. Kiedy był kontuzjowany, od razu dało się zauważyć, że Boston jest starzejącym się zespołem i długa gra w sezonie zasadniczym, jak również w play-off, jest bardzo wyczerpująca dla pozostałych koszykarzy tego klubu. Dlatego nie bardzo rozumiem, że oddali dobrego obrońcę i centra. W zamian dostali klasę gorszego Krsticia i Jeffa Greena (niezłego strzelca), wybór w drafcie (ale dopiero w 2012 roku) oraz pieniądze. Jeżeli w takim wolnym tempie będzie postępowało odmłodzenie drużyny z Bostonu, to wróżę im awansy do play-off (być może finały Konferencji), ale w grze o mistrzostwo nie będą mieli klasowych zawodników i siły pod koszem. Oddanie także Nate'a Robinsona spowodowało brak dobrego zmiennika dla Rajona Rondo. Oklahoma natomiast zyskała dobrego centra i obrońcę (Perkinsa) i zmiennika dla swojego rozgrywającego. Plus dla Oklahomy.
Charlotte Bobcats - Portland Trail Blazers. Michael Jordan oddał jednego ze swoich lepszych graczy, a zyskał trzech (Joel Przybilla, Dante Cunningham i Sean Marks). Z tego grona najbardziej znany jest Joel Przybilla (obecnie kontuzjowany). Nie wiem, co miał na myśli Mike, być może chciał "odchudzić kontrakty" i mieć w przyszłości pieniądze na lepsze transfery lub zamiany po drafcie.
Los Angeles Clippers - Cleveland Cavaliers. W transferze między tymi zespołami jest dosyć klarowna sytuacja, bo Baron Davis chyba postanowił, że nie będzie grał dla skąpca-właściciela Donalda Sterlinga, a większe perspektywy ma w Cleveland. W drugą stronę poszli Mo Williams oraz Jamario Moon i wybór w I rundzie draftu 2011. Ze strony Cleveland widać odbudowę zespołu (i odmłodzenie - wybór draftu) na przyszłe 2-3 sezony po opuszczeniu zespołu przez LeBrona Jamesa w lecie do Miami Heat. W tym sezonie ani Cleveland, ani Clippers nic wielkiego nie osiągną, ale następne sezony pokażą, w jakim kierunku zmierzają te oba zespoły.
Houston Rockets - Memphis Grizzlies. Wymiana ze strony tych dwóch zespołów (Shane Battier i Ishmael Smith kontra Hasheem Thabeet i DeMarre Carroll) ma to do siebie, że zrewidowała sobie ekipa Houston kontrakty, a zyskała bardziej na wyborze w pierwszej rundzie draftu. Podejrzewam, że wybiorą wyskiego gracza (środkowego), bo wobec fiaska pozyskania Gortata i kontuzji Minga, nie mają większego wyboru. Muszą mieć solidnego gracza na tej pozycji, jeżeli chcą liczyć się na Zachodzie. Być może w tym roku nie awansują do play-off, ale w przyszłym mogą solidnie powalczyć o awans.
New York Knicks - Minnesota Timberwolves. Anthony Randolph i Eddy Curry do Minnesota Timberwolves. New York Knicks otrzymali Corey Brewera. Uważam, że jest to ze strony New York odmłodzenie składu i wyczyszczenie kontraktów dla zyskania pieniędzy. Natomiast Minnesota dostała doświadczonego koszykarza (Eddy'ego Curry) dla (być może) poprawienia sportowych wyników drużyny. Dwóch wysokich (Kevin Love i Eddy Curry) być może poprawią defensywę zespołu z Minnesoty.
Boston Celtics - Sacramento Kings. Marquis Daniels oddany przez Boston Celtics do Sacramento Kings w zamian za gotówkę i wybór w drafcie. Podłoże tego transferu jest czytelne. Boston stara się odmładzać skład poprzez wybory w drafcie, bo przecież zdają sobie sprawę, że w tym starszym składzie długo nie pograją (pisałem trochę wyżej o tym).
New Orleans Hornets - Sacramento Kings. Carl Landry trafił do New Orleans Hornets. W zamian za niego Sacramento Kings otrzymali Marcusa Thorntona.Transfer chyba dla odchudzenia budżetu dla Kings. Królowie chyba nie chcą budować zespołu w oparciu o obecnych graczy. Sportowo mogą spaść jeszcze niżej, aby mieć większe szanse na wysokie numery w draftach. Kłóci się taka polityka ze sportowymi osiągnięciami. Nie będą mieli raczej szans na awanse do play-off, przynajmniej przez 2-3 lata.
Doszło do kilku znamiennych transferów. Czas pokaże, który z zespołów podjął się słusznych wymian, a który bardzo na nich stracił. Wolę walkę sportową, by poziom jednak się wyrównywał. Widać to chociażby po zespołach w Konferencji Zachodniej, gdzie o play-off walczy do końca 10-11 drużyn. Na Wschodzie widać także wzmacnianie się klubów (Miami, New York, Chicago), ale są to wzmocnienia dla 4-5 zespołów, a reszta będzie średniakiem lub słabeuszem. Wyrównany poziom gwarantuje nam, kibicom, emocje podczas meczy. Być może troszkę mniejsze w sezonie zasadniczym (chociaż tych także nie brakuje), a na pewno wielkie podczas walki w play-off, gdzie toczy się ona o najwyższe cele.
Kolejne przemyślenia wkrótce...
piątek, 25 lutego 2011
środa, 23 lutego 2011
EXODUS
Głównym marzeniem, ambicją, osiągnięciem w NBA dla koszykarzy wkraczających lub grających w tej lidze jest zdobycie mistrzostwa NBA. Jest ono uznawane za "nieoficjalne klubowe mistrzostwo świata". Koszykarz, który dostąpi tego zaszczytu "bycia mistrzem NBA", znajduje uznanie, szacunek, ale również wiąże się ten fakt z wynegocjowaniem lepszego (z ekonomicznego punktu widzenia) kontraktu na kilka lat po zdobyciu mistrzostwa. Po zdobyciu mistrzostwa NBA każdy koszykarz czuje lub może czuć się koszykarzem spełnionym lub kompletnym. Jedni gracze w NBA zdobywają je stosunkowo szybko, inni w okresie końca kariery, jeszcze inni zdobywają je, dosłownie i w przenośni, seriami. Jednak nie wszystkim koszykarzom było dane zdobyć to trofeum. Postaram się wymienić kilku wybitnych koszykarzy, którzy w koszykówce zawodowej osiągnęli bardzo wiele, są wybitnymi sportowcami, ale może różnić ich właśnie posiadanie lub nie pierścienia mistrza NBA na palcu. Pamiętam, iż niektórzy zmieniali swe macierzyste kluby, inni osiągnęli cel tylko i wyłącznie w swoim własnym. Postaram się z zakamarków mojej pamięci wydobyć tych, o których pamięta się latami. Na pierwszy plan wysuwa się Michael Jordan. Co prawda, nie zmienił on klubu, aby zdobyć mistrzostwo, ale na sam koniec kariery trochę rozmienił się na drobne przychodząc do Washington Wizards "porzucać sobie dla rozrywki". Nie zawojował Waszyngtonu i troszeczkę z niesmakiem pozostałym zakończył piękną karierę w NBA. Sięgając pamięcią wstecz, Michael Jordan, Bóg koszykówki, od początku kariery grał w Chicago. Z Bullsami, przynajmniej na samym początku, szło mu nieźle (zespół co roku awansował do play-off, Michael bił wszystkie możliwe rekordy indywidualne), ale na mistrzostwo NBA musiał jednak poczekać 7 lat. Sam w zespole z Chicago nie mógł zrobić wiele, mając miernych pomocników w walce z przeciwnikami. Na początku kariery liczył i patrzył tylko na własne osiągnięcia, a nie na osiągnięcia drużyny. Dopiero kiedy do składu Bulls doszli Horace Grant i Scottie Pippen, B.J. Armstrong, wtedy kariera Michaela zaczęła się dopełniać. Również Mike zaczął grać zespołowo, a inni członkowie zespołu dopasowali się idealnie zdobywając pierwsze mistrzostwo w 1991 roku. Michael zrozumiał, że sam niczego nie zwojuje, a tylko gra całego zespołu na równym poziomie zapewni sukcesy klubowi. I stało się. W następnych latach (1992, 1993) zdobyli kolejne tytuły mistrza NBA. Nieznacznie tylko zmieniając skład zespołu. Główny trzon drużyny pozostał nienaruszony : Jordan, Pippen, Grant. Następnie doszło do szoku w Chicago. Po zabójstwie na autostradzie ojca Michaela, Jordan ogłosił rozbrat z koszykówką. Rozbrat ten trwał tylko do 19 marca 1995 roku, kiedy to Michael wybiegł na boisko ponownie w meczu z Indianą. Był w pełni sił i postanowił powalczyć o kolejne tytuły i nagrody. Po korektach w składzie (doszedł m.in. Toni Kukoć, Ron Harper, Dennis Rodman) Chicago Bulls zdobyli kolejne trzy mistrzostwa w latach 1996-1998. To oczywiście, jak do tej pory, ostatnie mistrzostwo z 1998 roku dla Chicago. Następnie wybuchł lockaut w NBA i Michael odszedł na drugą emeryturę. Skład zespołu rozsypał się i rozpoczęła się przebudowa (czy raczej budowa od podstaw) Chicago Bulls. Michael wrócił jeszcze do gry w Washington Wizards, ale już bez tak spektakularnych sukcesów jak w Wietrznym Mieście, ale Michael Jordan jest spełniony jako koszykarz.
Kolejnym zawodnikiem, który długo walczył o fakt bycia mistrzem NBA, jest Clyde "The Glyde" Drexler. Karierę zawodniczą rozpoczął w Portland Trail Blazers. Podobnie jak Michael Jordan był gwiazdą parkietów NBA, ale tylko pod względem indywidualnych osiągnięć. Przez lata nie było mu dane zdobyć mistrzostwa NBA, chociaż zagrał w finale razem z Michaelem w roku 1992. W tymże roku musiał uznać wyższość Michaela i obyć się smakiem. Dopiero przeprowadzka do Houston w roku 1994 dała mu możliwość zdobycia mistrzostwa 1995. Wspólnie z Hakeemem Olajuwonem, Robertem Horry zdobył upragnione mistrzostwo i również może poczuć się koszykarzem, który dopełnił swojej kariery zawodniczej. Z Houston również związany był Charles Barkley, ale jego historia jest całkiem inna. Od początku kariery (podobnie zresztą jak Michael, Clyde) grał dla Philadelphia 76ers. Sukcesy indywidualne jednak nie przekładały się na sukcesy klubowe i "Sir" Charles postanowił zmienić klub. Zmienił na Phoenix Suns, gdzie razem z Kevinem Johnsonem starał się wygrać ligę. Podobnie do Clyde'a Drexlera, zagrał w wielkim finale w roku 1993, ale także musiał uznać wyższość Michaela i Chicago. Następnie, w poszukiwaniu szansy na tytuł przeniósł się do Houston Rockets, ale tytułu mistrza nie zdobył. Jego kariera zamknęła się w meczu z macierzystym klubem (Philadelphia 76ers), poważną kontuzją, po której Barkley postanowił odejść na zasłużoną emeryturę sportową.
Do graczy niespełnionych zaliczyłbym także Patricka Ewinga. Koszykarz ten grając przez lata w Nowym Jorku, wybijał się ponad przeciętność. Center, który dominował pod koniec lat 80-tych i do połowy lat 90-tych, nie może poczuć się w pełni usatysfakcjonowany ze swojej kariery w NBA. Przez kilkanaście lat reprezentował barwy New York Knicks, aby na koniec kariery (bardzo smutne zakończenie) przenieść się do Seattle Supersonics, a następnie do Orlando Magic. Jeden z najlepszych koszykarzy swojego pokolenia może czuć się trochę zawiedziony, gdyż pierścień na palcu za mistrzostwo NBA na pewno ozdobiłby jego wspaniałą karierę.
Oczywiście nie sposób wymienić wszystkich koszykarzy w tym jednym tekście, którzy spełnili (lub nie spełnili) się posiadając (lub nie) tytuł mistrza NBA. Chciałem tylko nawiązać to obecnych sytuacji w NBA, gdzie młode gwiazdy, mające mniejsze lub większe sukcesy indywidualne, zmieniają kluby jak rękawiczki. Najlepszym przykładem jest LeBron James, który w minionym roku zmienił barwy klubowe. Moim zdaniem, nie chciało mu się grać z przeciętniakami w Cleveland, a chce za wszelką cenę zdobyć tytuł. W tym celu przeniósł się na Florydę, aby wspólnie z D-Wade'em oraz Chrisem Boshem zdobyć upragniony tytuł (tytuły). W latach Michaela, Clyde'a, Charlesa i Patricka taka sytuacja nie miałaby miejsca (plama na honorze) i każdy z nich starałby się zdobyć tytuł z macierzystym klubem (malutkim wyjątkiem jest Clyde Drexler). Obecnie tworzą się nawet całe trójki-czwórki koszykarzy w jednym zespole (czy oni się ze sobą jakoś dogadują, kto z kim chciałby grać?) w celu zdobycia najwyższych laurów. Najświeższym przykładem może być Carmelo Anthony, który przeszedł do New York Knicks. Do Knicksów, przed tym sezonem przeszedł Amare Stoudemire z Phoenix Suns, a teraz Melo. Być może do tej dwójki dołączy niedługo Chris Paul z New Orleans Hornets i będziemy mieli kolejną "Wielką Trójkę". Odnoszę wrażenie, że jest to polityka koszykarzy zmierzająca do tego, aby dla klubu przynieść zyski z reklam, sprzedaży gadżetów, dla siebie korzyści w postaci wyższego kontraktu, a mistrzostwo NBA przy dużym potencjale samych zawodników przyjdzie samo. A gdzie podziała się ambicja, wola wygrywania przez własne umiejętności pojedynczych koszykarzy? Odeszła w niebyt. Liczy się ekonomia i marketing. Niestety, takie przyszły czasy. Oby tylko nie doprowadziło to do sytuacji, gdzie w lidze królują trzy cztery zespoły z każdej konferencji, a reszta jest "chłopcem do bicia". Nawet dobre wybory w drafcie i transakcje między klubami nie doprowadzą do tego, że klub z nizin ligi nagle stanie się potentatem na miarę mistrzostwa NBA. Wolałbym oglądać czystą rywalizację między zespołami, które posiadają wybitne postacie koszykarskie, trochę ambicji, woli walki w najlepszym tego słowa znaczeniu. Liga NBA na pewno wtedy byłaby bardziej atrakcyjna, aniżeli poprzez budowanie siły danego zespołu na zasadzie "kupimy Cię" i zdobędziemy NBA. Dopóki polityka menedżerów klubów, podejście samych koszykarzy do gry nie zmieni się, nadal będziemy oglądać exodus koszykarzy z klubów macierzystych.
Zapraszam serdecznie do lektury kolejnych moich przemyśleń na blogu.
Kolejnym zawodnikiem, który długo walczył o fakt bycia mistrzem NBA, jest Clyde "The Glyde" Drexler. Karierę zawodniczą rozpoczął w Portland Trail Blazers. Podobnie jak Michael Jordan był gwiazdą parkietów NBA, ale tylko pod względem indywidualnych osiągnięć. Przez lata nie było mu dane zdobyć mistrzostwa NBA, chociaż zagrał w finale razem z Michaelem w roku 1992. W tymże roku musiał uznać wyższość Michaela i obyć się smakiem. Dopiero przeprowadzka do Houston w roku 1994 dała mu możliwość zdobycia mistrzostwa 1995. Wspólnie z Hakeemem Olajuwonem, Robertem Horry zdobył upragnione mistrzostwo i również może poczuć się koszykarzem, który dopełnił swojej kariery zawodniczej. Z Houston również związany był Charles Barkley, ale jego historia jest całkiem inna. Od początku kariery (podobnie zresztą jak Michael, Clyde) grał dla Philadelphia 76ers. Sukcesy indywidualne jednak nie przekładały się na sukcesy klubowe i "Sir" Charles postanowił zmienić klub. Zmienił na Phoenix Suns, gdzie razem z Kevinem Johnsonem starał się wygrać ligę. Podobnie do Clyde'a Drexlera, zagrał w wielkim finale w roku 1993, ale także musiał uznać wyższość Michaela i Chicago. Następnie, w poszukiwaniu szansy na tytuł przeniósł się do Houston Rockets, ale tytułu mistrza nie zdobył. Jego kariera zamknęła się w meczu z macierzystym klubem (Philadelphia 76ers), poważną kontuzją, po której Barkley postanowił odejść na zasłużoną emeryturę sportową.
Do graczy niespełnionych zaliczyłbym także Patricka Ewinga. Koszykarz ten grając przez lata w Nowym Jorku, wybijał się ponad przeciętność. Center, który dominował pod koniec lat 80-tych i do połowy lat 90-tych, nie może poczuć się w pełni usatysfakcjonowany ze swojej kariery w NBA. Przez kilkanaście lat reprezentował barwy New York Knicks, aby na koniec kariery (bardzo smutne zakończenie) przenieść się do Seattle Supersonics, a następnie do Orlando Magic. Jeden z najlepszych koszykarzy swojego pokolenia może czuć się trochę zawiedziony, gdyż pierścień na palcu za mistrzostwo NBA na pewno ozdobiłby jego wspaniałą karierę.
Oczywiście nie sposób wymienić wszystkich koszykarzy w tym jednym tekście, którzy spełnili (lub nie spełnili) się posiadając (lub nie) tytuł mistrza NBA. Chciałem tylko nawiązać to obecnych sytuacji w NBA, gdzie młode gwiazdy, mające mniejsze lub większe sukcesy indywidualne, zmieniają kluby jak rękawiczki. Najlepszym przykładem jest LeBron James, który w minionym roku zmienił barwy klubowe. Moim zdaniem, nie chciało mu się grać z przeciętniakami w Cleveland, a chce za wszelką cenę zdobyć tytuł. W tym celu przeniósł się na Florydę, aby wspólnie z D-Wade'em oraz Chrisem Boshem zdobyć upragniony tytuł (tytuły). W latach Michaela, Clyde'a, Charlesa i Patricka taka sytuacja nie miałaby miejsca (plama na honorze) i każdy z nich starałby się zdobyć tytuł z macierzystym klubem (malutkim wyjątkiem jest Clyde Drexler). Obecnie tworzą się nawet całe trójki-czwórki koszykarzy w jednym zespole (czy oni się ze sobą jakoś dogadują, kto z kim chciałby grać?) w celu zdobycia najwyższych laurów. Najświeższym przykładem może być Carmelo Anthony, który przeszedł do New York Knicks. Do Knicksów, przed tym sezonem przeszedł Amare Stoudemire z Phoenix Suns, a teraz Melo. Być może do tej dwójki dołączy niedługo Chris Paul z New Orleans Hornets i będziemy mieli kolejną "Wielką Trójkę". Odnoszę wrażenie, że jest to polityka koszykarzy zmierzająca do tego, aby dla klubu przynieść zyski z reklam, sprzedaży gadżetów, dla siebie korzyści w postaci wyższego kontraktu, a mistrzostwo NBA przy dużym potencjale samych zawodników przyjdzie samo. A gdzie podziała się ambicja, wola wygrywania przez własne umiejętności pojedynczych koszykarzy? Odeszła w niebyt. Liczy się ekonomia i marketing. Niestety, takie przyszły czasy. Oby tylko nie doprowadziło to do sytuacji, gdzie w lidze królują trzy cztery zespoły z każdej konferencji, a reszta jest "chłopcem do bicia". Nawet dobre wybory w drafcie i transakcje między klubami nie doprowadzą do tego, że klub z nizin ligi nagle stanie się potentatem na miarę mistrzostwa NBA. Wolałbym oglądać czystą rywalizację między zespołami, które posiadają wybitne postacie koszykarskie, trochę ambicji, woli walki w najlepszym tego słowa znaczeniu. Liga NBA na pewno wtedy byłaby bardziej atrakcyjna, aniżeli poprzez budowanie siły danego zespołu na zasadzie "kupimy Cię" i zdobędziemy NBA. Dopóki polityka menedżerów klubów, podejście samych koszykarzy do gry nie zmieni się, nadal będziemy oglądać exodus koszykarzy z klubów macierzystych.
Zapraszam serdecznie do lektury kolejnych moich przemyśleń na blogu.
wtorek, 22 lutego 2011
Nieśmiałe początki
Interesuję się koszykówką zawodową już od 20 lat (jak ten czas leci). W roku 1991, będąc w szkole średniej, w naszej publicznej telewizji rozpoczęły się transmisje z NBA. Słynne powiedzenie "Hej, hej tu NBA" Włodzimierza Szaranowicza przeszło już do legendy, ale tak było na samym początku. Zaczęła się w Polsce "nbamania". Powstawały liczne boiska do gry w koszykówkę, a jeżeli nie te, to na pewno ilość samych koszy rozwieszonych na garażach, budynkach itp. Wszyscy masowo grali w koszykówkę po lekcjach w szkole, na przerwach i w każdej wolnej chwili. Transmisje telewizyjne, co prawda, zaczynały się dosyć późno (żeby nie powiedzieć bardzo późno) w nocy, człowiek był zmęczony, na lekcjach przysypiał, ale popularność, jaką zdobyła NBA wtedy, przerosła oczekiwania wszystkich. Każdy chciał być Michaelem Jordanem, Charlesem Barkleyem, Clydem Drexlerem, Hakeemem Olajuwonem. Warto jednak było. W moim przypadku "miłość do koszykówki" pozostała do dzisiaj. Zainspirowany upływem czasu i okazją, jaką był niedawno rozegrany Mecz Gwiazd A.D. 2011, postanowiłem właśnie na 20-lecie mojego zachwytu koszykówką w stylu amerykańskim, rozpocząć pisanie na temat tejże dyscypliny sportu. Mam nadzieję, że ten blog będzie interesującą rozrywką dla wszystkich fanów NBA, a także doskonałą lekturą w wolnej chwili.
W pierwszym moim wpisie, po tych kilku słowach nieśmiałego wstępu, pragnę skomentować właśnie niedawno odbyty Mecz Gwiazd NBA w Los Angeles. Kobe Bryant zdobył po raz czwarty tytuł MVP tego spotkania (poprzednio w roku 2002, 2007, oraz wspólnie w Shaquillem O'Nealem w 2009). W pamięci mam oczywiście chwile z roku 1998, kiedy to All-Star Game od bywał się w Nowym Jorku. Wtedy to, doszło do pasjonującej walki między Michaelem Jordanem a Kobe Bryantem. Schodzący ze sceny gwiazdor Chicago Bulls (zmierzający po trzecie z kolei, a szóste w historii) mistrzostwo NBA stoczył pasjonujący pojedynek z 20-letnim młokosem, który pragnął zawojować NBA. W tym miejscu również chciałem nadmienić, iż w opisywanym meczu, w niektórych momentach zawodnicy rozstępowali się na boisku, aby umożliwić Michaelowi i Kobemu pojedynek jeden na jeden. Nie zapomnę tych chwil do końca życia. Cudownie było oglądać akcje w ich wykonaniu. W chwili obecnej oceniam ten mecz, jak zalążek przyszłej wielkości i osiągnięć Kobego Bryanta. Kobe wpatrzony był wtedy na Michaela jak w obrazek, kopiował zagrania MJ-a, naśladował jego ruchy i miał iskrę walki w oczach. Bryant dążył do takich osiągnięć, które zdobył Michael (i nadal dąży). Wtedy Królem był MJ, po jego ustąpieniu z gry zawodowej, na scenę (właśnie wtedy) wstąpił Kobe Bryant. Przez wszystkie lata od tamtej pory Kobe osiągnął "prawie tyle", co Michael. Zdobył pięć tytułów mistrza NBA (brakuje mu tylko jednego), jeden tytuł MVP sezonu zasadniczego (do pięciu Michaela), w tytule najlepszego strzelca raczej nie dogoni Michaela (10-2), w tytułach MVP Finałów (6-2 dla Michaela) także mało prawdopodobne jest, aby Kobe "doskoczył" do Mike'a. Jedno jest pewne, od Meczu Gwiazd 1998, rozpoczęła się wielka droga na szczyt Kobego i nadal trwa. Bryant może być już zmęczony wieloletnim graniem (zresztą sam już po 30-tych urodzinach) i nie będzie chciał na siłę forsować rekordów czy osiągnięć Jordana. Na swoją chwałę w NBA i tak zasłużył. Zapewne w przyszłości będzie kolejnym wielkim członkiem Galerii Sław w Massachussetts. Na tę chwilę jeszcze trochę poczekamy. Wspominając ten pamiętny All-Star Game, pragnę wspomnieć, iż takie mecze, w których "stara gwiazda" ustępuje "młodej gwieździe", zdarzają się niezwykle rzadko i warto o nich pamiętać, tak samo jak i o głównych aktorach przedstawienia pod nazwą Weekend Gwiazd NBA.
Mam nadzieję, że Państwo z przyjemnością przeczytają tych parę moich słów. Następne przemyślenia nadejdą.
W pierwszym moim wpisie, po tych kilku słowach nieśmiałego wstępu, pragnę skomentować właśnie niedawno odbyty Mecz Gwiazd NBA w Los Angeles. Kobe Bryant zdobył po raz czwarty tytuł MVP tego spotkania (poprzednio w roku 2002, 2007, oraz wspólnie w Shaquillem O'Nealem w 2009). W pamięci mam oczywiście chwile z roku 1998, kiedy to All-Star Game od bywał się w Nowym Jorku. Wtedy to, doszło do pasjonującej walki między Michaelem Jordanem a Kobe Bryantem. Schodzący ze sceny gwiazdor Chicago Bulls (zmierzający po trzecie z kolei, a szóste w historii) mistrzostwo NBA stoczył pasjonujący pojedynek z 20-letnim młokosem, który pragnął zawojować NBA. W tym miejscu również chciałem nadmienić, iż w opisywanym meczu, w niektórych momentach zawodnicy rozstępowali się na boisku, aby umożliwić Michaelowi i Kobemu pojedynek jeden na jeden. Nie zapomnę tych chwil do końca życia. Cudownie było oglądać akcje w ich wykonaniu. W chwili obecnej oceniam ten mecz, jak zalążek przyszłej wielkości i osiągnięć Kobego Bryanta. Kobe wpatrzony był wtedy na Michaela jak w obrazek, kopiował zagrania MJ-a, naśladował jego ruchy i miał iskrę walki w oczach. Bryant dążył do takich osiągnięć, które zdobył Michael (i nadal dąży). Wtedy Królem był MJ, po jego ustąpieniu z gry zawodowej, na scenę (właśnie wtedy) wstąpił Kobe Bryant. Przez wszystkie lata od tamtej pory Kobe osiągnął "prawie tyle", co Michael. Zdobył pięć tytułów mistrza NBA (brakuje mu tylko jednego), jeden tytuł MVP sezonu zasadniczego (do pięciu Michaela), w tytule najlepszego strzelca raczej nie dogoni Michaela (10-2), w tytułach MVP Finałów (6-2 dla Michaela) także mało prawdopodobne jest, aby Kobe "doskoczył" do Mike'a. Jedno jest pewne, od Meczu Gwiazd 1998, rozpoczęła się wielka droga na szczyt Kobego i nadal trwa. Bryant może być już zmęczony wieloletnim graniem (zresztą sam już po 30-tych urodzinach) i nie będzie chciał na siłę forsować rekordów czy osiągnięć Jordana. Na swoją chwałę w NBA i tak zasłużył. Zapewne w przyszłości będzie kolejnym wielkim członkiem Galerii Sław w Massachussetts. Na tę chwilę jeszcze trochę poczekamy. Wspominając ten pamiętny All-Star Game, pragnę wspomnieć, iż takie mecze, w których "stara gwiazda" ustępuje "młodej gwieździe", zdarzają się niezwykle rzadko i warto o nich pamiętać, tak samo jak i o głównych aktorach przedstawienia pod nazwą Weekend Gwiazd NBA.
Mam nadzieję, że Państwo z przyjemnością przeczytają tych parę moich słów. Następne przemyślenia nadejdą.
Subskrybuj:
Posty (Atom)