Głównym marzeniem, ambicją, osiągnięciem w NBA dla koszykarzy wkraczających lub grających w tej lidze jest zdobycie mistrzostwa NBA. Jest ono uznawane za "nieoficjalne klubowe mistrzostwo świata". Koszykarz, który dostąpi tego zaszczytu "bycia mistrzem NBA", znajduje uznanie, szacunek, ale również wiąże się ten fakt z wynegocjowaniem lepszego (z ekonomicznego punktu widzenia) kontraktu na kilka lat po zdobyciu mistrzostwa. Po zdobyciu mistrzostwa NBA każdy koszykarz czuje lub może czuć się koszykarzem spełnionym lub kompletnym. Jedni gracze w NBA zdobywają je stosunkowo szybko, inni w okresie końca kariery, jeszcze inni zdobywają je, dosłownie i w przenośni, seriami. Jednak nie wszystkim koszykarzom było dane zdobyć to trofeum. Postaram się wymienić kilku wybitnych koszykarzy, którzy w koszykówce zawodowej osiągnęli bardzo wiele, są wybitnymi sportowcami, ale może różnić ich właśnie posiadanie lub nie pierścienia mistrza NBA na palcu. Pamiętam, iż niektórzy zmieniali swe macierzyste kluby, inni osiągnęli cel tylko i wyłącznie w swoim własnym. Postaram się z zakamarków mojej pamięci wydobyć tych, o których pamięta się latami. Na pierwszy plan wysuwa się Michael Jordan. Co prawda, nie zmienił on klubu, aby zdobyć mistrzostwo, ale na sam koniec kariery trochę rozmienił się na drobne przychodząc do Washington Wizards "porzucać sobie dla rozrywki". Nie zawojował Waszyngtonu i troszeczkę z niesmakiem pozostałym zakończył piękną karierę w NBA. Sięgając pamięcią wstecz, Michael Jordan, Bóg koszykówki, od początku kariery grał w Chicago. Z Bullsami, przynajmniej na samym początku, szło mu nieźle (zespół co roku awansował do play-off, Michael bił wszystkie możliwe rekordy indywidualne), ale na mistrzostwo NBA musiał jednak poczekać 7 lat. Sam w zespole z Chicago nie mógł zrobić wiele, mając miernych pomocników w walce z przeciwnikami. Na początku kariery liczył i patrzył tylko na własne osiągnięcia, a nie na osiągnięcia drużyny. Dopiero kiedy do składu Bulls doszli Horace Grant i Scottie Pippen, B.J. Armstrong, wtedy kariera Michaela zaczęła się dopełniać. Również Mike zaczął grać zespołowo, a inni członkowie zespołu dopasowali się idealnie zdobywając pierwsze mistrzostwo w 1991 roku. Michael zrozumiał, że sam niczego nie zwojuje, a tylko gra całego zespołu na równym poziomie zapewni sukcesy klubowi. I stało się. W następnych latach (1992, 1993) zdobyli kolejne tytuły mistrza NBA. Nieznacznie tylko zmieniając skład zespołu. Główny trzon drużyny pozostał nienaruszony : Jordan, Pippen, Grant. Następnie doszło do szoku w Chicago. Po zabójstwie na autostradzie ojca Michaela, Jordan ogłosił rozbrat z koszykówką. Rozbrat ten trwał tylko do 19 marca 1995 roku, kiedy to Michael wybiegł na boisko ponownie w meczu z Indianą. Był w pełni sił i postanowił powalczyć o kolejne tytuły i nagrody. Po korektach w składzie (doszedł m.in. Toni Kukoć, Ron Harper, Dennis Rodman) Chicago Bulls zdobyli kolejne trzy mistrzostwa w latach 1996-1998. To oczywiście, jak do tej pory, ostatnie mistrzostwo z 1998 roku dla Chicago. Następnie wybuchł lockaut w NBA i Michael odszedł na drugą emeryturę. Skład zespołu rozsypał się i rozpoczęła się przebudowa (czy raczej budowa od podstaw) Chicago Bulls. Michael wrócił jeszcze do gry w Washington Wizards, ale już bez tak spektakularnych sukcesów jak w Wietrznym Mieście, ale Michael Jordan jest spełniony jako koszykarz.
Kolejnym zawodnikiem, który długo walczył o fakt bycia mistrzem NBA, jest Clyde "The Glyde" Drexler. Karierę zawodniczą rozpoczął w Portland Trail Blazers. Podobnie jak Michael Jordan był gwiazdą parkietów NBA, ale tylko pod względem indywidualnych osiągnięć. Przez lata nie było mu dane zdobyć mistrzostwa NBA, chociaż zagrał w finale razem z Michaelem w roku 1992. W tymże roku musiał uznać wyższość Michaela i obyć się smakiem. Dopiero przeprowadzka do Houston w roku 1994 dała mu możliwość zdobycia mistrzostwa 1995. Wspólnie z Hakeemem Olajuwonem, Robertem Horry zdobył upragnione mistrzostwo i również może poczuć się koszykarzem, który dopełnił swojej kariery zawodniczej. Z Houston również związany był Charles Barkley, ale jego historia jest całkiem inna. Od początku kariery (podobnie zresztą jak Michael, Clyde) grał dla Philadelphia 76ers. Sukcesy indywidualne jednak nie przekładały się na sukcesy klubowe i "Sir" Charles postanowił zmienić klub. Zmienił na Phoenix Suns, gdzie razem z Kevinem Johnsonem starał się wygrać ligę. Podobnie do Clyde'a Drexlera, zagrał w wielkim finale w roku 1993, ale także musiał uznać wyższość Michaela i Chicago. Następnie, w poszukiwaniu szansy na tytuł przeniósł się do Houston Rockets, ale tytułu mistrza nie zdobył. Jego kariera zamknęła się w meczu z macierzystym klubem (Philadelphia 76ers), poważną kontuzją, po której Barkley postanowił odejść na zasłużoną emeryturę sportową.
Do graczy niespełnionych zaliczyłbym także Patricka Ewinga. Koszykarz ten grając przez lata w Nowym Jorku, wybijał się ponad przeciętność. Center, który dominował pod koniec lat 80-tych i do połowy lat 90-tych, nie może poczuć się w pełni usatysfakcjonowany ze swojej kariery w NBA. Przez kilkanaście lat reprezentował barwy New York Knicks, aby na koniec kariery (bardzo smutne zakończenie) przenieść się do Seattle Supersonics, a następnie do Orlando Magic. Jeden z najlepszych koszykarzy swojego pokolenia może czuć się trochę zawiedziony, gdyż pierścień na palcu za mistrzostwo NBA na pewno ozdobiłby jego wspaniałą karierę.
Oczywiście nie sposób wymienić wszystkich koszykarzy w tym jednym tekście, którzy spełnili (lub nie spełnili) się posiadając (lub nie) tytuł mistrza NBA. Chciałem tylko nawiązać to obecnych sytuacji w NBA, gdzie młode gwiazdy, mające mniejsze lub większe sukcesy indywidualne, zmieniają kluby jak rękawiczki. Najlepszym przykładem jest LeBron James, który w minionym roku zmienił barwy klubowe. Moim zdaniem, nie chciało mu się grać z przeciętniakami w Cleveland, a chce za wszelką cenę zdobyć tytuł. W tym celu przeniósł się na Florydę, aby wspólnie z D-Wade'em oraz Chrisem Boshem zdobyć upragniony tytuł (tytuły). W latach Michaela, Clyde'a, Charlesa i Patricka taka sytuacja nie miałaby miejsca (plama na honorze) i każdy z nich starałby się zdobyć tytuł z macierzystym klubem (malutkim wyjątkiem jest Clyde Drexler). Obecnie tworzą się nawet całe trójki-czwórki koszykarzy w jednym zespole (czy oni się ze sobą jakoś dogadują, kto z kim chciałby grać?) w celu zdobycia najwyższych laurów. Najświeższym przykładem może być Carmelo Anthony, który przeszedł do New York Knicks. Do Knicksów, przed tym sezonem przeszedł Amare Stoudemire z Phoenix Suns, a teraz Melo. Być może do tej dwójki dołączy niedługo Chris Paul z New Orleans Hornets i będziemy mieli kolejną "Wielką Trójkę". Odnoszę wrażenie, że jest to polityka koszykarzy zmierzająca do tego, aby dla klubu przynieść zyski z reklam, sprzedaży gadżetów, dla siebie korzyści w postaci wyższego kontraktu, a mistrzostwo NBA przy dużym potencjale samych zawodników przyjdzie samo. A gdzie podziała się ambicja, wola wygrywania przez własne umiejętności pojedynczych koszykarzy? Odeszła w niebyt. Liczy się ekonomia i marketing. Niestety, takie przyszły czasy. Oby tylko nie doprowadziło to do sytuacji, gdzie w lidze królują trzy cztery zespoły z każdej konferencji, a reszta jest "chłopcem do bicia". Nawet dobre wybory w drafcie i transakcje między klubami nie doprowadzą do tego, że klub z nizin ligi nagle stanie się potentatem na miarę mistrzostwa NBA. Wolałbym oglądać czystą rywalizację między zespołami, które posiadają wybitne postacie koszykarskie, trochę ambicji, woli walki w najlepszym tego słowa znaczeniu. Liga NBA na pewno wtedy byłaby bardziej atrakcyjna, aniżeli poprzez budowanie siły danego zespołu na zasadzie "kupimy Cię" i zdobędziemy NBA. Dopóki polityka menedżerów klubów, podejście samych koszykarzy do gry nie zmieni się, nadal będziemy oglądać exodus koszykarzy z klubów macierzystych.
Zapraszam serdecznie do lektury kolejnych moich przemyśleń na blogu.
Adaś, napisz coś może o naszym rodzynku w NBA. Ostatnio całkiem niźle mu się tam wiedzie. Bije rekord za rekordem.
OdpowiedzUsuń