wtorek, 22 lutego 2011

Nieśmiałe początki

Interesuję się koszykówką zawodową już od 20 lat (jak ten czas leci). W roku 1991, będąc w szkole średniej, w naszej publicznej telewizji rozpoczęły się transmisje z NBA. Słynne powiedzenie "Hej, hej tu NBA" Włodzimierza Szaranowicza przeszło już do legendy, ale tak było na samym początku. Zaczęła się w Polsce "nbamania". Powstawały liczne boiska do gry w koszykówkę, a jeżeli nie te, to na pewno ilość samych koszy rozwieszonych na garażach, budynkach itp. Wszyscy masowo grali w koszykówkę po lekcjach w szkole, na przerwach i w każdej wolnej chwili. Transmisje telewizyjne, co prawda, zaczynały się dosyć późno (żeby nie powiedzieć bardzo późno) w nocy, człowiek był zmęczony, na lekcjach przysypiał, ale popularność, jaką zdobyła NBA wtedy, przerosła oczekiwania wszystkich. Każdy chciał być Michaelem Jordanem, Charlesem Barkleyem, Clydem Drexlerem, Hakeemem Olajuwonem. Warto jednak było. W moim przypadku "miłość do koszykówki" pozostała do dzisiaj. Zainspirowany upływem czasu i okazją, jaką był niedawno rozegrany Mecz Gwiazd A.D. 2011, postanowiłem właśnie na 20-lecie mojego zachwytu koszykówką w stylu amerykańskim, rozpocząć pisanie na temat tejże dyscypliny sportu. Mam nadzieję, że ten blog będzie interesującą rozrywką dla wszystkich fanów NBA, a także doskonałą lekturą w wolnej chwili.

W pierwszym moim wpisie, po tych kilku słowach nieśmiałego wstępu, pragnę skomentować właśnie niedawno odbyty Mecz Gwiazd NBA w Los Angeles. Kobe Bryant zdobył po raz czwarty tytuł MVP tego spotkania (poprzednio w roku 2002, 2007, oraz wspólnie w Shaquillem O'Nealem w 2009). W pamięci mam oczywiście chwile z roku 1998, kiedy to All-Star Game od bywał się w Nowym Jorku. Wtedy to, doszło do pasjonującej walki między Michaelem Jordanem a Kobe Bryantem. Schodzący ze sceny gwiazdor Chicago Bulls (zmierzający po trzecie z kolei, a szóste w historii) mistrzostwo NBA stoczył pasjonujący pojedynek z 20-letnim młokosem, który pragnął zawojować NBA. W tym miejscu również chciałem nadmienić, iż w opisywanym meczu, w niektórych momentach zawodnicy rozstępowali się na boisku, aby umożliwić Michaelowi i Kobemu pojedynek jeden na jeden. Nie zapomnę tych chwil do końca życia. Cudownie było oglądać akcje w ich wykonaniu. W chwili obecnej oceniam ten mecz, jak zalążek przyszłej wielkości i osiągnięć Kobego Bryanta. Kobe wpatrzony był wtedy na Michaela jak w obrazek, kopiował zagrania MJ-a, naśladował jego ruchy i miał iskrę walki w oczach. Bryant dążył do takich osiągnięć, które zdobył Michael (i nadal dąży). Wtedy Królem był MJ, po jego ustąpieniu z gry zawodowej, na scenę (właśnie wtedy) wstąpił Kobe Bryant. Przez wszystkie lata od tamtej pory Kobe osiągnął "prawie tyle", co Michael. Zdobył pięć tytułów mistrza NBA (brakuje mu tylko jednego), jeden tytuł MVP sezonu zasadniczego (do pięciu Michaela), w tytule najlepszego strzelca raczej nie dogoni Michaela (10-2), w tytułach MVP Finałów (6-2 dla Michaela) także mało prawdopodobne jest, aby Kobe "doskoczył" do Mike'a. Jedno jest pewne, od Meczu Gwiazd 1998, rozpoczęła się wielka droga na szczyt Kobego i nadal trwa. Bryant może być już zmęczony wieloletnim graniem (zresztą sam już po 30-tych urodzinach) i nie będzie chciał na siłę forsować rekordów czy osiągnięć Jordana. Na swoją chwałę w NBA i tak zasłużył. Zapewne w przyszłości będzie kolejnym wielkim członkiem Galerii Sław w Massachussetts. Na tę chwilę jeszcze trochę poczekamy. Wspominając ten pamiętny All-Star Game, pragnę wspomnieć, iż takie mecze, w których "stara gwiazda" ustępuje "młodej gwieździe", zdarzają się niezwykle rzadko i warto o nich pamiętać, tak samo jak i o głównych aktorach przedstawienia pod nazwą Weekend Gwiazd NBA.

Mam nadzieję, że Państwo z przyjemnością przeczytają tych parę moich słów. Następne przemyślenia nadejdą.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz