WSCHÓD
Chicago Bulls (1) - Philadelphia 76ers (8) 2:4 (103:91, 92:109, 74:79, 82:89, 77:69, 78:79)
Od początku sezonu zasadniczego prym wiedli koszykarze Byków. Typy przed sezonem były jednoznaczne : walka o kolejne mistrzostwo NBA od czasów Michaela Jordana. Ustabilizowany skład, równa gra w każdym meczu, więc innych opcji nie było, jak na finał NBA. Niestety (z wielką nieukrywaną przykrością), muszę stwierdzić, że ten optymistyczny plan legł w gruzach jak domek z kart. Wszystko za sprawą kontuzji, które dopadły Chicago w najgorszym momencie sezonu czyli na początku play-offów. Krótkie, ale uciążliwe kontuzje graczy Chicago w sezonie regularnym jeszcze można było jakoś zniwelować. Kilka porażek nie przekreślało całego sezonu, natomiast w przypadku fazy posezonowej, to jest już inna bajka. Seria meczy z tym samym przeciwnikiem, ciągle zmieniająca się taktyka, z meczu na mecz, powoduje, że każdy mecz jest niepodobny do poprzedniego. A do tego wszystkiego kontuzje Derricka Rose'a oraz Joakima Noah doprowadziły, że straty dwóch podstawowych zawodników nie udało się zapełnić w piątce Byków. Minimalne przegrane, ale przegrane. Philadelphia wykorzystała kontuzje Chicago i wygrała awansując do II rundy. Mam nadzieję, że w przyszłym sezonie będzie całkiem odmienna sytuacja. Awans Philadelphii.
Miami Heat (2) - New York Knicks (7) 4:1 (100:67, 104:94, 87:70, 87:89, 106:94)
Wynik tej pary w I rundzie był łatwy do przewidzenia. Bardzo mocna ekipa "Trójki z Miami" przeciwko nowojorskim Knicksom, którzy aspirują do corocznego miejsca w play-offach. Po dwóch sezonach wspólnej gry Dwyane Wade, Chris Bosh oraz LeBron James zaczynają się "docierać" i walczyć o największy cel, jakim jest mistrzostwo NBA. Z kolei Nowy Jork, po latach przebudowy, wreszcie zaczyna przypominać drużynę koszykarską, a nie zbieraninę graczy z wysokimi kontraktami. Widać, że lata menedżera Isiaha Thomasa, były latami straconymi dla drużyny New York Knicks. Sporo jeszcze w Nowym Jorku upłynie czasu na budowanie bardzo mocnej ekipy, ale już widać pozytywy i z roku na rok drużyna powinna być coraz wyżej w tabeli. Awans Miami zgodnie z planem.
Indiana Pacers (3) - Orlando Magic (6) 4:1 (77:81, 93:78, 97:74, 101:99 D, 105:87)
W przypadku tej pary drużyn każde rozstrzygnięcie mogło stać się faktem. Nikt nie zdziwiłby się, jakby rywalizację w I rundzie wygrała ekipa Orlando. Więcej szans dawano jednak Indianie, która to drużyna (dla mnie bardzo rzemieślnicza, ale z ambicjami), grała równo, solidnie i właśnie na awans zapracowała jako wspólnota graczy. Orlando, po burzliwych deklaracjach Dwighta Howarda o odejściu, chęci wysiudania trenera z drużyny, raczej była na przegranej pozycji. Do tego doszła kontuzja jednego z najlepszych środkowych NBA, więc wynik nie jest wielką niespodzianką. Drużyna Orlando, już pod koniec sezonu, grała słabo i nie przypominała drużyny, tylko grę w koszykówkę pod nazwą "każdy sobie". Na dobre wyszło to tylko koszykarzom Indiany, którzy zasłużenie awansowali do II rundy.
Boston Celtics (4) - Atlanta Hawks (5) 4:2 (74:83, 87:80, 90:84 D, 101:79, 86:87, 83:80)
Chociaż Boston rozstawiony był z numerem 4, to lepszy wynik w sezonie zasadniczym miała ekipa Atlanta Hawks i dlatego posiadała przewagę własnego parkietu. Takie rozstawienie to wynik wygranej drużyny Bostonu Dywizji Atlantyku - nie mogli być niżej rozstawieni niż numer 4. Ale sprawy szczegółowe pozostawmy przepisom NBA, życie życiem i gra play-off to gra play-off. Moim zdaniem, chyba najbardziej wyrównana para Wschodu. Wynik tej rywalizacji także był do końca trudny do przewidzenia. Widać było gołym okiem, że ekipa Celtów, z meczu na mecz, "rozkręca się" i gra coraz lepiej. Z większą determinacją, zaangażowaniem oraz wolą walki. Drużyna doświadczona, z graczami okrzesanymi w bojach, ale także mająca w składzie graczy z latami 30+. Atlanta z kolei, drużyna, która aspiruje do zwycięstw i osiągania wyników w lidze, miała swoje szanse. Szanse szansami, ale wygrać z tak utytułowanym rywalem, nie jest wcale łatwo. Owszem doświadczenie z tej serii z Bostonem będzie procentowało w przyszłości, ale na dziś w II rundzie są Celtics. Niewiele zabrakło graczom Hawks, walczyli jak równy z równym. W następnym sezonie raczej wyżej zajdą w grach przedsezonowych. Awans Boston spodziewany, aczkolwiek wywalczony w bólach.
ZACHÓD
San Antonio Spurs (1) - Utah Jazz (8) 4:0 (106:91, 114:83, 102:90, 87:81)
Szybko, łatwo i przyjemnie. Tak w przypadku San Antonio można podsumować wygraną w I rundzie z Utah Jazz. Po doświadczeniach z poprzedniego sezonu (przegrana w I rundzie z Memphis Grizzlies 2:4) koszykarze San Antonio wzięli się ostro do roboty i nie dali większych szans Jazzmanom. Faworyt był tylko jeden i nie mogło być inaczej. Utah Jazz, którzy awansowali do play-off "rzutem na taśmę", nie mogli przeciwstawić się drużynie, która gra, być może najbrzydszą koszykówkę, ale za to bardzo solidną, opartą na obronie. Spurs nie mogli znów się skompromitować rok po roku. Byłby to wielki wstyd dla fanów, miasta, powiem więcej, byłaby to antykoszykówka. W ten sposób możnaby tłumaczyć brak awansu najlepszej drużyny Zachodu do II rundy po przegranej z numerem 8.
Oklahoma City Thunder (2) - Dallas Mavericks (7) 4:0 (99:98, 102:99, 95:79, 103:97)
Podobnie, jak w przypadku San Antonio Spurs, Oklahoma w czterech meczach rozprawiła się z aktualnymi mistrzami NBA Dallas Mavericks. Sprawiedliwości stało się zadość. W poprzednim sezonie Dallas rozbiło aktualnych mistrzów, LA Lakers, także 4:0, nie pozostawiając złudzeń na obronę mistrzostwa. W tym sezonie graczom Dallas takich złudzeń nie pozostawiła drużyna Oklahoma City Thunder. Różnica tylko jest taka, iż (poza meczem numer 3) różnica w punktach nie była większa niż 6 punktów. Była walka o przetrwanie dla Dallas, ale większą chęcią wygranej pałali koszykarze Thunder i zasłużenie awansowali do następnej fazy rozgrywek. Zresztą Dallas w obecnym sezonie grali tak, jakby nie chcieli bronić tytułu wywalczonego w poprzednich rozgrywkach. Dosyć słabo prezentowali się w sezonie (być może był to wynik intensywnego kalendarza), ale moim zdaniem mistrz powinien prezentować raczej wyższą formę. Młodzi gracze z Oklahomy co roku walczą o jak najwyższe cele i na razie im się to udaje.
LA Lakers (3) - Denver Nuggets (6) 4:3 (103:88, 104:100, 84:99, 92:88, 99:102, 96:113, 96:87)
Z trudem wywalczone trzecie miejsce na Zachodzie przez koszykarzy LA Lakers, było widać w meczach I rundy z Denver Nuggets. Mogli wygrać serię 4:1, a skończyło się na 4:3 dla Lakersów. Niby faworytem była drużyna z Los Angeles, ale budowana z głową i z kunsztem trenerskim Geogre'a Karla drużyna Bryłek, wcale nie pozostawała bez szans na awans. Słabość LA Lakers można było zobaczyć w meczach numer 5 i 6, kiedy po wygraną sięgnęli Nuggets. Jeszcze w meczu nr 5 męczyli się i z trudem wywalczyli zwycięstwo, ale w meczu nr 6 rozgromili u siebie Lakers. Wiadomą rzeczą jest, że Lakers grają u siebie przed nieprawdopodobną publicznością (podobnie jak New York Knicks w Madison Square Garden), ale brak Lamara Odoma w składzie był aż nadto widoczny. Uniwersalny podkoszowy, który był podporą Jeziorowców, w tym sezonie nie pomógł drużynie. Coraz bardziej starzejąca się drużyna LA Lakers, coraz trudniej wywalcza awans rok rocznie. W następnym sezonie łatwiej nie będzie, ale to już zmartwienie trenera i menedżera Lakers. Awans Lakers - raczej do przewidzenia.
Memphis Grizzlies (4) - LA Clippers (5) 3:4 (98:99, 105:98, 86:87, 97:101 D, 92:80, 90:88,72:82)
Najbardziej wyrównana para I rundy play-off na Zachodzie. Obie młode drużyny, walczące o uznanie i prestiż w NBA. Wynik był bardzo trudny do przewidzenia, gdyż różnica poziomów wcale nie jest wielka. Za drużyną LA Clippers przemawiała szybkość, efektowna gra i koszykarze sprowadzeni przed sezonem. Sprowadzeni w celu osiągania sukcesów. Za Memphis była solidność, również młodość, niezła obrona, która pozwoliła graczom Grizzlies wywalczyć czwarte miejsce w mocnej Konferencji Zachodniej. Przemawiał za nimi również "duch walki", który w poprzednim sezonie pozwolił im na pokonanie nr 1 (San Antonio Spurs), a byli przecież wtedy numerem 8. W obecnym sezonie wywalczyli numer 4, a więc duży awans w lidze. O zaciętości spotkań niech świadczy fakt, iż poza meczem numer 5, wszystkie wyniki oscylowały w maksymalnych granicach 10 punktów, z czego trzy mecze zakończyły się wynikiem w granicy 2 punktów, a jeden nawet w serii dogrywką i różnicą tylko 4 punktów. Mam nadzieję, że w następnych sezonach te drużyny zaczną odgrywać coraz większe role ze względu na wiek swoich graczy i przyszłość na Zachodzie zdecydowanie należy do nich.
Podsumowując I rundę play-off NBA 2011/2012 muszę stwierdzić, iż największą niespodzianką było odpadnięcie Chicago Bulls (przegrana z kontuzjami podstawowych koszykarzy), chociaż w poprzednim sezonie taką niespodzianką było odpadnięcie San Antonio Spurs. Historia jednak lubi się powtarzać. W pozostałych parach I rundy (zarówno na Wschodzie, jak i na Zachodzie) raczej wygrane drużyn zgodnie z przedsezonowymi typowaniami, aczkolwiek mogłoby być różnie. Dwa Anioły awansowały dalej czyli Lakers i Clippers (co nie zdarzyło się jeszcze nigdy) mogą się spotkać w finale Zachodu. Poniżej przedstawiam moje typy na II rundę :
Miami Heat - Indiana Pacers 4:2
Boston Celtics - Philadelphia 76ers 4:1
San Antonio Spurs - LA Clippers 4:1
Oklahoma City Thunder - LA Lakers 4:3
Poprawność typowania II rundy i kolejne przemyślenia wkrótce...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz