niedziela, 24 czerwca 2012

Finał NBA czyli do trzech razy sztuka

Zakończony 21 czerwca finał NBA, pomiędzy drużynami Oklahomy i Miami, zamknął sezon NBA A.D. 2011/2012. Zaskoczony wynikiem, zresztą zapewne nie tylko ja, nie jestem. W finale tym wystąpiły drużyny, które prezentowały w tym skróconym sezonie naprawdę wysoką formę i od samego jego początku zmierzały po wyznaczony cel. Celem było jedno marzenie tych koszykarzy - zdobycie mistrzostwa NBA. Zacznijmy więc od początku...

FINAŁ NBA

Oklahoma City Thunder - Miami Heat 1:4 (105:94, 96:100, 85:91, 98:104, 106:121)


Wynik pomiędzy tymi drużynami napisałem świadomie zaczynając od drużyny Oklahomy, gdyż była ona zespołem wyżej rozstawionym po sezonie zasadniczym. W poprzednim moim wpisie na blogu typowałem zwycięstwo Oklahomy 4:3, a to dlatego, iż uważam, że taki wynik odzwierciedlał siłę, poziom i wyrównany skład obu zespołów. Miałem nadzieję, iż walka o tytuł mistrza NBA w tym sezonie będzie trwała aż do ostatniego spotkania numer 7. Tak się jednak nie stało, a mistrzem NBA została drużyna z Florydy. Po raz drugi w swej historii. Po raz drugi w swej historii Miami posiadało w swoim składzie graczy wybitnych (LeBron James, Dwayne Wade, Chris Bosh), podobnie jak w sezonie 2006 roku, kiedy to zdobywali po raz pierwszy swój tytuł (Shaquille O'Neal, Dwayne Wade). W końcu, kumulacja gwiazd w jednym zespole, dała efekt końcowy w postaci zdobytego tytułu. W sezonie poprzednim Miami dotarli do finału, ale tytuł powędrował do Dallas. "Do trzech razy sztuka" - jak mówi stare indiańskie powiedzenie. Po raz trzeci w finale NBA zagrał LeBron James i w tym właśnie trzecim podejściu zdobył swój upragniony tytuł. Chwała mu za to, gdyż jego gra na tym etapie rozgrywek była skuteczna, przez co dawała wynik w postaci kolejnych zwycięstw. Nie kalkulowali, nie liczyli, tylko grali swoje koszykarze Miami Heat. Nie zraziła ich także porażka w pierwszym meczu, tylko podjęli walkę w obronie z graczami Thunder i wygrali kolejne cztery starcia, zdobywając tytuł najlepszych na świecie. Właśnie, przegrali pierwsze spotkanie finałowe, a pomimo tego wygrali cztery kolejne mecze. Podobna sytuacja miała miejsce w ostatnich latach w roku 1991 oraz 2001 czyli w odstępie dziesięciu lat. W roku 1991 do finałów NBA awansowały drużyny Chicago Bulls oraz LA Lakers. Pierwsze starcie w tamtym finale wygrali koszykarze Lakers, ale pierwszy wtedy tytuł powędrował do Chicago. Analogiczna sytuacja miała miejsce dziesięć lat później, kiedy to w finale spotkali się koszykarze Philadelphia 76ers i LA Lakers. Pierwszy mecz wygrany przez graczy Philadelphii na czele z Allenem Iversonem, ale tytuł poleciał na drugi koniec USA - do Los Angeles. W tych dwóch wspomnianych finałach 1991 i 2001, kończących te sezony, Najlepszym zawodnikiem NBA - chronologicznie - został Michael Jordan i Allen Iverson. Także w tych dwóch sezonach zostali oni obaj Najlepszymi strzelcami sezonu zasadniczego. Inaczej natomiast miało to miejsce w tym właśnie zakończonym sezonie. Najlepszym zawodnikiem NBA został LeBron James, a Najlepszym strzelcem Kevin Durant.
Jak napisałem we wcześniejszych wersach LeBron James, po raz trzeci wystąpił w finale NBA (poprzednio w roku 2007 - jako zawodnik Cleveland Cavaliers, oraz w roku 2011 - jako już obecny zawodnik Miami Heat). Dwa poprzednie finały przegrane dały mu doświadczenie w grze o wielką stawkę, które zapewne zaprocentowało w roku bieżącym. Poprzez zdobycie tytułu z LeBrona Jamesa spadło duże ciśnienie na zdobycie tytułu. Porównywany do Największego z Największych Michaela "Air" Jordana, z roku na rok wypominano mu, że nie umie poprowadzić swojego zespołu do tytułu. Michaelowi także w początkowych latach ta sztuka się nie udawała, ale trafione wybory w drafcie oraz dobre transfery spowodowały, że Byki z Chicago zdominowali ligę NBA w latach 90. LeBron James gra w NBA od 2003 roku, swój pierwszy tytuł zdobył w roku 2012 (w trzecim finale), w wieku prawie 28 lat. Michael Jordan zdobywał pierwszy tytuł  w wieku skończonych lat 28. Czy to oznacza dominację Miami Heat na najbliższe lata? Mam pewne wątpliwości, gdyż z roku na rok będzie im ciężej z powodu coraz większej konkurencji młodych zawodników. Zawodników takich jak chociażby w zespole Oklahomy City Thunder. "Młode Wilki" z Oklahomy pokazały w obecnym sezonie, że trzeba się z nimi liczyć. Co prawda, drużyny z Zachodu mają przewagę na zespołami ze Wschodu, ale jednak tytuł powędrował na Wschód. Chciałbym jeszcze wspomnieć o jednej istotnej sprawie. Otóż, zespół z Florydy, po kontuzji Derricka Rose'a, nie miał konkurencji na Wschodzie. Ciekawe, jakby wyglądała konfrontacja dwóch najlepszych zespołów Wschodu. Podejrzewam, że tak łatwo zdobycie tytułu nie przyszłoby graczom Heat. Nie będę debatował - tytuł po walce i zasłużenie zdobyli, wszystkie wątpliwości zapewne zostaną rozwiane w nadchodzącym sezonie 2012/2013. Oby wszyscy byli zdrowi i o wyniku sportowym decydowała walka, poświęcenie i wola zwycięstwa, a nie przetrzebione składy drużyn kontuzjami poszczególnych, podstawowych i rezerwowych koszykarzy.

Na koniec jeszcze przytoczę "małą" ciekawostkę dotyczącą tegorocznych finałów NBA. Koszykarze obu drużyn zdobyli w 5 meczach równą liczbę 1000 zdobytych punktów. Taka sztuka rzadko się zdarza, aby tak "wycyrklować" wynik rywalizacji. Koszykarze Miami Heat zdobyli 510 punktów, a koszykarze Oklahomy City Thunder 490.

Mam tylko nadzieję, że tytuł będzie co roku wędrował na Wschód, a życzyłbym sobie, aby był ciągle w rękach Chicago Bulls, która jest bardzo silną drużyną, ale na chwilę obecną nie może w pełni pokazać, na co ją stać. Mam nadzieję, że wrócą "stare", dobre czasy Michaela Jordana i Scottie Pippena, kiedy to tytuł z roku na rok był kolekcjonowany w Chicago. Oby..

Kolejne wpisy (także podczas przerwy wakacyjnej) zapewne nadejdą...

niedziela, 10 czerwca 2012

Finały Konferencji czyli dwaj panowie "D"

Znamy już finalistów NBA roku 2012. Większych niespodzianek jednak nie było. Może poza "małą niespodzianką" w postaci awansu Oklahomy, ale nie jest to aż tak wielkie niespodziewane osiągnięcie koszykarzy tej drużyny. Było ono "wliczone w koszty", pomimo drugiego miejsca w Konferencji Zachodniej. W Konferencji Wschodniej wszystko przeszło "zgodnie z planem" czyli awans Miami Heat był spodziewany, bo po odpadnięciu drużyny nr 1 (Chicago Bulls), nie było chyba konkurenta dla zespołu z Florydy.

FINAŁ KONFERENCJI WSCHODNIEJ

Miami Heat - Boston Celtics 4:3 (93:79, 115:111 D, 91:101, 91:93 D, 90:94, 98:79, 101:88)

 Po pierwszych dwóch meczach 2:0 dla Miami i wszystko wskazywało na to, że Miami jednak gładko awansuje do finału NBA. Jednak w drugim meczu (wygranym przez Miami po dogrywce) i w trzecim meczu (wygranym przez Boston) uwidocznił się brak Chrisa Bosha jako gracza podkoszowego oraz brak w składzie Miami Heat klasycznego centra i rozgrywającego. W trzecim meczu Boston zagrał bardzo dobrze w obronie (co jest ich znakiem rozpoznawczym) i wiadomo było, że nie przegra do 0. Rolę centra w Miami przejmuje czasami LeBron James, Joel Anthony, a w skrajnych przypadkach nawet może tę rolę pełnić właśnie Chris Bosh. Pozycję rozgrywającego w Miami pełnią Mike Miller, Dwayne Wade. Właśnie te dwie pozycje (center, rozgrywający) odgrywają w każdej drużynie kluczową rolę. W Bostonie natomiast jest klasyczny rozgrywający (Rajon Rondo), który może od początku do końca poprowadzić grę całego zespołu. Rolę centra pełnią wysocy, a przede wszystkim na tej pozycji grywa często Kevin Garnett. W czwartym meczu dała znać o sobie dobra defensywa koszykarzy Bostonu i minimalnie lepsza skuteczność rzutowa Celtów, dlatego minimalnie po dogrywce pokonali graczy Heat. W kolejnym spotkaniu nr 5 znów minimalnie lepsi okazali się Celtowie, wygrywając różnicą zaledwie czterech punktów. Dała znać o sobie, kolejny zresztą raz, superdefensywa Celtów. Ten mecz dał im nadzieję (prowadzenie w serii 3-2) na kolejny awans do wielkiego finału. Dawał nadzieję także na podtrzymanie dziejów historii, kiedy to Boston (w ostatnich latach) w latach parzystych awansował do finałów. Odbyło się to w roku 2008 (zostali mistrzami) oraz w 2010 (wicemistrzostwo). Mecz nr 6, rozegrany w Bostonie, nie przyniósł niespodzianki w postaci zwycięstwa Celtics. Celtowie przegrali przed własną publicznością różnicą aż 19 punktów (79:98), co nie najlepiej nastrajało ich przed ostateczną rozgrywką nr 7 w Miami. Koszykarze Miami Heat natomiast, mając "nóż na gardle", wznieśli się na wyżyny swoich umiejętności i unikając kompromitacji w postaci porażki (oraz tym samym odpadnięcia z play-off), wygrali i przenieśli rywalizację na własne boisko. Genialny mecz rozegrał lider Miami LeBron James, który uzyskał 45 punktów i pobił tym samym rekord tegorocznych rozgrywek play-off. O wszystkim więc miał zadecydować mecz nr 7 zaplanowany na 9 VI 2012 r. W meczu tym LeBron James ponownie zdobył ponad 30 punktów (31) i poprowadził Heat do zwycięstwa, a tym samym do finału NBA 2012. Jednak po trzech kwartach ostatniego spotkania nie wszystko było jasne i klarowne, bowiem na tablicy wyników widniał remis (po 73). Dopiero czwarta kwarta zadecydowała o tym, że w tej zaciętej serii, górą byli koszykarze Miami Heat. Koszykarze z Florydy wygrali ją różnicą 13 punktów i tym samym cały mecz 101:88. Miami drugi raz z rzędu awansowali do rozgrywki o tytuł mistrza NBA. W roku poprzednim ulegli rewelacyjnym Dallas Mavericks 2:4, ale w obecnym sezonie nie stoją na straconej pozycji w rywalizacji. Będą zapewne chcieli zmazać "plamę" z poprzedniego sezonu i pokazać prawdziwą wartość w tegorocznym finale NBA.

FINAŁ KONFERENCJI ZACHODNIEJ

San Antonio Spurs - Oklahoma City Thunder 2:4 (101:98, 120:111, 82:102, 103:109, 103:108, 99:107)

Podobnie jak rywalizacji na Wschodzie, po dwóch pierwszych meczach prowadzenie było po stronie San Antonio (2:0).  Jednak Oklahoma to nie Boston i w kolejnych meczach wiadomo było, że będzie walka do upadłego. Po dwóch wygranych spotkaniach u koszykarzy San Antonio można było zauważyć pewnego rodzaju rozluźnienie w ich szeregach. Sądzili, iż kolejne mecze zostaną wygrane i łatwo awansują dalej. Tak się jednak nie stało. W tym miejscu pozwolę sobie na małą dygresję od koszykówki. Otóż, w meczach siatkówki, często zdarza się, iż drużyna, która wygrywa w meczu 2:0 w setach, często przegrywa mecz 2:3. W NBA gra się w serii do 4 wygranych, więc jedna czy dwie przegrane nie powodują odpadnięcia z play-offów. Tak właśnie stało się w rywalizacji najlepszych drużyn Zachodu. Po kolejnych dwóch meczach w rywalizacji brzmiał remis 2:2. Koszykarze Thunder nie poddali się i w meczach u siebie ograli graczy Spurs. Szczególnie w czwartym spotkaniu (wygranym przez Oklahomę 109:103) uwidaczniała się różnica w taktyce rywalizujących zespołów. San Antonio jako zespół bardziej nastawiony na obronę i Oklahoma - jako zespół typu atakującego. Może to wynikać także z wieku zespołów. San Antonio - zespół ze starszymi koszykarzami oraz Oklahoma - młody zespół skłonny do szybkiego biegania po boisku. Po pierwszej połowie meczu czwartego wynik brzmiał 55:43 dla Thunder, a największa przewaga wynosiła 15 punktów. W drugiej połowie tego meczu trener Spurs, Gregg Popovich, postanowił zmienić taktykę na bardziej defensywną i po wprowadzeniu na boisko Blaira oraz debiutanta Leonarda koszykarzom San Antonio udało się zmniejszyć przewagę Oklahomy do czterech punktów. Jednak manewry trenera Spurs na nic się zdały, gdyż niesamowitą skutecznością w meczu popisał się lider Thunder, Kevin Durant, która pozwoliła graczom z Oklahomy utrzymać przewagę i wygrać to spotkanie. Piąty mecz tych zespołów zakończył się podobnym wynikiem (108:103), co mecz nr 4. Szósty mecz, rozgrywany w Oklahomie, miał zadecydować o tym, czy awans uzyskają koszykarze Thunder albo koszykarze Spurs doprowadzą do meczu nr 7. I San Antonio, i Oklahoma, nie zwykli przegrywać u siebie (wyjątkiem był mecz nr 5). Granie na własnym boisku zawsze jest atutem gospodarza, więc w meczu nr 6 stało się zadość. Wygrana 107:99 wprowadziła koszykarzy Oklahomy do finału NBA 2012. San Antonio po 20 wygranych z rzędu (łącznie z sezonem zasadniczym) przegrali cztery mecze z rzędu, ale jak bardzo były istotne te przegrane. Porażki te spowodowały odpadnięcie z play-off San Antonio Spurs, a  tym samym szanse (być może w tym składzie - starszy Tim Duncan) na tytuł mistrza NBA. Natomiast w przypadku Oklahomy, stało się dokładnie odwrotnie. Cztery wygrane z rzędu dały temu miastu pierwszy w historii awans do ostatniej rundy czyli gry o tytuł. Także w rywalizacji liderów, dwóch panów D - Duncan kontra Durant, lepszym okazał się ten młodszy. Chociaż, jeżeli założyć tezę, iż drużyna Oklahomy jest spadkobiercą Seattle Supersonics (z tego miasta przenieśli się do Oklahomy w roku 2008, otrzymując także nową nazwę zespołu), to w finale NBA drużyna Ponaddźwiękowców wcześniej już występowała. W 1978 roku przegrali z Washington Bullets 2:4, w 1979 roku zrewanżowali się Washington Bullets wygrywając 4:1 oraz w roku 1996 przegrali z Chicago Bulls 2:4. Pokazując dobrą i skuteczną koszykówkę zawodnicy Oklahomy City Thunder zasłużenie awansowali do finału NBA i wcale nie stoją na straconej pozycji.


Podsumowując Finały Konferencji stwierdzam, że w tym sezonie spotykają się zespoły, które potrafiły walczyć zacięcie o każdą wygraną, nie załamały się małymi niepowodzeniami w postaci poszczególnych przegranych, potrafiły wykrzesać więcej sił z siebie po ciężkim sezonie zasadniczym. Ponadto, w finale NBA spotykają się drużyny, które po rundzie zasadniczej zajęły miejsca numer 2 w swoich konferencjach (co jest pewną ciekawostką). W walce o mistrzostwo spotykają się zespoły młode, głodne sukcesów i właśnie dlatego zapewne będą duże emocje podczas rozgrywki finałowej. Gra szybka, ofensywna, z pięknymi akcjami w powietrzu, a także możemy spodziewać się dużo walki podkoszowej i fantastycznych obron w wykonaniu Oklahomy i Miami. W każdym bądź razie - spotykają się zespoły, które w pełni zasłużyły na awans swoją postawą i będziemy mogli emocjonować się tą rywalizacją.

Mój typ na finały NBA :

Oklahoma City Thunder - Miami Heat 4:3

Kolejne przemyślenia już po Finałach...