Cóż, czas naprawdę szybko biegnie, człowiek się nie obejrzy, a już kolejny sezon NBA nastał. Ba, nastał, minęła 1/4 tego sezonu, więc czas na małe początkowe podsumowania i omówienia. Transfery, zmiany, przetasowania zawodników, trenerów, przemeblowanie składów ekip - tak można by w wielkim skrócie podsumować to wszystko, co działo się tego lata w NBA. Jedne zespoły chcą utrzymać swoją wysoką pozycję w lidze, dokonując kosmetycznych zmian w składzie (San Antonio, Oklahoma City, Miami); inne chcą całkowicie przemeblować skład, opierając się swoją przyszłość na drafcie (Phoenix, Utah, Boston), a inne także chcą wzmocnić skład, ale małe sukcesy w postaci awansu do play-off, mają przyjść już teraz (Washington, New Orleans, Charlotte). Różne są koncepcje właścicieli na szeroko pojęty w USA sukces. Każdy ma swoją argumentację i podejście do jego realizacji. Szybko, teraz i w tej chwili lub powoli, długofalowo, nastawiając się na budowanie tzw. legendy czyli zapisanie w annałach historii sportu.
Obecny sezon, 2013/2014, miał być sezonem Chicago Bulls. Piszę "miał być", gdyż po powrocie do składu Derricka Rose'a (po ciężkiej kontuzji kolana), zespół ten miał aspiracje mistrzowskie. Zapewne by tak było, ale Rose pograł tylko miesiąc w lidze i... koniec marzeń. Koniec marzeń, gdyż kontuzji doznał w drugim kolanie i marzenia o tytule mistrzowskim trzeba odłożyć na przyszły sezon. Filar zespołu będzie pauzował do przyszłego roku. Jak pech, to pech. Dwa lata straty. Bez Derricka Chicago nie jest już tak mocnym zespołem, co widać po wynikach. W pierwszej kolejności piszę o jego przypadku, gdyż rzadko zdarza się, aby zawodnik po długiej przerwie, leczeniu i rehabilitacji, wrócił do pełni sił, a następnie (w tak krótkim okresie czasu) z powrotem trafił na leczenie. Można by ją jeszcze tylko porównać do przypadku Grega Odena z Portland Trail Blazers (obecnie Miami Heat), który zaraz po debiucie w lidze i kontuzjach kolan, nie grał przez jeszcze dłuższy okres czasu. Zawsze jest to duże osłabienie ekipy i planowanie jakichkolwiek sukcesów trzeba, niestety, odłożyć na przyszłość.
Zacząłem pisać o kontuzjach, gdyż moim zdaniem, one bardzo determinują i wpływają na wyniki poszczególnych drużyn. Już po tych 20-stu meczach nie ma drużyny, która nie miałaby w swoim składzie zawodnika kontuzjowanego, i która (chociażby kilka meczy) nie rozegrałaby swoich spotkań w osłabieniu. Bilanse poszczególnych zespołów wskazują, iż zdecydowanie mocniejsza jest Konferencja Zachodnia. Wschód jest naprawdę słaby. Słaby, a nawet słabszy z roku na rok. Pomimo faktu, iż mamy mistrza ze Wschodu (Miami Heat), to na wiosnę może ta sytuacja się zmienić. Nawet nie licząc szczegółowo widać, że Zachód góruje nad Wschodem. Stan meczów na 11 XII 2013 r. (wtedy Chicago, New Orleans i Sacramento osiągnęły liczbę 20 rozegranych spotkań) pokazuje, iż przewaga Zachodu nad Wschodem jest wręcz miażdżąca. Zachód wygrał 170 meczy przy 130 porażkach, a Wschód tylko 129, przy 171 porażkach. Przepaść, po prostu przepaść, biorąc pod uwagę fakt, iż minęła dopiero 1.4 sezonu. Ta różnica między Konferencjami zapewne będzie się jeszcze pogłębiać. Tą zależność widać także w bilansach poszczególnych zespołów czy bilansach w poszczególnych dywizjach, a nawet w samych Konferencjach. Konferencja Wschodnia ogólnie nie osiągnęła poziomu 50% (129-171). Mało tego - żadna z dywizji w konferencji - nie osiągnęła takiego poziomu. Atlantic (33-67), Southeast (49-51) i Central (47-53). Tylko cztery zespoły ze Wschodu (Indiana, Miami, Atlanta i Detroit) osiągnęły odsetek zwycięstw i porażek równy bądź większy niż 50%, reszta ekip ma bilans poniżej połowy.
Całkowicie inaczej wygląda sytuacja na Zachodzie NBA. Każda z dywizji ma odsetek powyżej 50%, a tylko trzy drużyny nie osiągnęły tego progu (Minnesota, Utah, Sacramento). Reszta zespołów ma równy bądź wyższy procent zwycięstw. Najmocniejszą dywizją na Zachodzie jest Southwest, która ma bilans 61-39. Drugą w tabeli jest Northwest (58-42), a trzecie miejsce zajmuje Pacific (51-49). Gdyby rozgrywki play-off rozpoczynały się dzisiaj, to na Zachodzie o awans musiałby się bić drużyny Golden State i Phoenix, które mają bilans 11-9 czyli powyżej 50%, a na Wschodzie do awansu wystarczyłby bilans 8-12 (40%), który mają Boston Celtics i Chicago Bulls. Jeżeli sytuacja miałaby się utrzymać, to na koniec sezonu na Zachodzie do awansu do play-off potrzebne będzie wygranie mniej więcej 55-56 meczy, a drużyna ze Wschodu zadowoli się 38-40 zwycięstwami. Bardzo zauważalna różnica miedzy Wschodem a Zachodem NBA.
Na koniec chciałbym się odnieść do artykułu, który ukazał się w "Gazecie Wyborczej", w dniu 28 X 2013 r. pt. "Aby opłacało się wygrywać", autorstwa Michała Kiedrowskiego. Otóż, pan Kiedrowski opisuje sytuację, w której klub NBA "specjalnie", ale "niezauważalnie" przegrywa swoje mecze, aby zwiększyć szanse zespołu na wybór w drafcie w roku następnym, a tym samym wzmocnić swoją pozycję. Generalnie, coś w takim stwierdzeniu musi być, gdyż w NBA były znane przypadki, gdy zespół zdecydowanie mocniejszy przegrywał ze słabeuszem, co jest sytuacją niecodzienną. Taki "manewr" przecież w sezonie ubiegłym zastosował Gregg Popovich, trener San Antonio Spurs. Pod koniec sezonu (aby nie przemęczać swoich najlepszych zawodników przed play-off), wystawił rezerwowy skład. O ile pamiętam został przez ligę za takie praktyki ukarany finansowo. Niby nic, zwyczajne podejście do sytuacji - racjonalne, uzasadnione z punktu widzenia trenera, ale nie z punktu widzenia kibiców. Uważam, że takie działanie szkodzi i godzi w ideę naprawdę czystego sportu. Pan Kiedrowski przytacza także różne rozwiązania, które są brane pod uwagę w USA, dotyczące rozwiązania tego "problemu". W pełni zgadzam się z jego tekstem. Takie kombinowanie, a nawet powiedziałbym więcej, oszukiwanie kibiców nie jest na miejscu. Podobnie jak sytuacja z kontuzjowanymi zawodnikami, kiedy jeden zawodnik ma kłopoty np. z jakimś nałogiem, a klub wpisuje go na listę kontuzjowanych, jako przyczynę wpisując "uraz kostki". Jeżeli w USA nie doprowadzą do normalnych, uczciwych zasad - zawsze będzie przyzwolenie na takie praktyki. Dodam jeszcze, iż duży napływ zawodników, duże rotacje w składach, kontuzje, ograniczenia płacowe, zawsze będą podstawą do tego typu zastosowań w sporcie. Ja, jako wierny kibic, nie chciałbym nawet wiedzieć o tego typu zdarzeniach. Zdaję sobie również sprawę, że liga NBA to biznes, jak każda liga na świecie. Ma swoich właścicieli, którzy dbają o jej dobro. Z takim postępowaniem nie będzie dobra. Komisarz ligi (jeszcze urzędujący) David Stern ciągle powtarza słowa o "wyrównywaniu szans" poszczególnych zespołów. W porządku, wyrównujmy, ale pod względem sportowych zasad, a nie nieuczciwości. Życzyłbym sobie (a także innym wiernym kibicom), aby każdy mecz NBA był "czysty" i nie był "naznaczony" innymi czynnikami.
Kolejne przemyślenia wkrótce...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz